10 września 2009

Ajajajajaj....

Nie miałysmy wczoraj Mszy św. w naszym Kościele, chociaż zawsze jest. No i wybrałam się do Bazyliki Grobu. Brak słów na co trafiłam. Bo ojciec w zakrystii powiedział (teraz będzie nieładne świadectwo o nim, ale już tak nie raz sie niestety zdarzyło), że jedyna Msza jest o 18.00. No to poszłam na 18.00. No i co było? No i była Msza Grekokatolicka w języku....węgierskim. Kto był na takiej Mszy to wie o co chodzi i kto słyszał język węgierski to też będzie wiedział o co mi chodzi. Przetrwałam. Ale raczej niekoniecznie chciałabym to powtórzyć. Jedynym plusem było to, że celebrowali na zwykłym ołtarzu i mogłam widzieć to wszystko co do tej pory w liturgii wschodniej odbywa się za ikonostasem najczęściej. Zawsze jest jakiś plus. ;)

1 komentarz:

  1. a mnie się tam węgierski bardzo podoba i chciałabym się go nauczyć, nie wspominając o tym, że mam nadzieję, że doczekam się dnia, gdy będziemy miały także tam wspólnotę, np. w Budapeszcie :)

    OdpowiedzUsuń