25 czerwca 2009

Niech Bóg będzie uwielbiony...



kończy sie dziś pierwszy dzień mojego pobytu w Izraelu.
Naprawdę ze strachem wylatywałam z Polski, przede wszystkim dlatego,że pierwszy raz w życiu leciałam samolotem.Sam lot mnie nie przerażał, ile wszelkie perypetie lotniskowe. A zaczeło się od przejścia przez bramkę z komórką w kieszeni. Zreszta cały ten "rytuał" przejścia mnie paraliżował. Ale przeszłam, obejrzałam się jeszcze na ekipę, która mi towarzyszyła, i szczerze mówiąc chętnie wróciłabym do nich, bo kompletnie nie wiedziałam gdzie iść dalej. Przysiadłam gdzieś na ławce, dopakowałam się i zagadałam z jedną panią lecącą do Włoch. Potem szukałam dalej. Znalazłam. Wokół mnie siedzieli sami Żydzi, przynajmniej mówli po hebrajsku. I wtedy zastanowiłam się co ja właściwie tu robię i mialam mysl o wycofaniu sie... .I nagle cała masa tych ludzi gdzieś ruszyła.Okazało się, że zmienili nam wyjście. No ale potem zagadałam z jedną panią z Polski -bardzo miłą, i bylo mi jakos raźniej, szkoda, że nie miałyśmy bliskich miejsc w samolocie.
Co jest dla mnie jak na razie najpiękniejsze w locie samolotem? Start!!!I potem lądowanie. Pan, który siedział od mojej strony przy oknie nie patrzył nawet na te cuda za oknem, ale wyglądał na takiego, co lata przynajmniej raz na miesiąc...więc sie trochę nie dziwię. Ale to wbijanie w siedzenia jest naprawdę extra.
Potem już było nudno.Wszyscy rzucili się na jedzenie. A ja jednak spałam.Bo myślałam, że z emocji nie dam rady.Cudne widoki z okna kiedy dolatywaliśmy. Jeszcze w samolocie zaczeła sie rozmowa z przemila rodzinka. Dzieki nim razniej potem stalo mi sie w kolejce do odprawy na lotnisku,ale i tak mialam stracha. Na szczescie szybko poszlo.Potem szukalam bagazu, i potem szlam juz za wszystkimi do wyjscia, gdzie na szczescie znalazl mnie Ojciec, ktory z innym jeszcze mieli mnie odebrac. Ale byly emocje.
Piekna droga z Tel Avivu do Jerozolimy, tym bardziej ze stopniowo sie rozwidnialo. Bylo miedzy 4 a 5 rano, mojego czasu oczywiscie. Wokół nas pojawiały się góry. Widok na pustynie judzką - jedyny w swoim rodzaju. Przejechalismy przez Górę Oliwną, a z niej ten niesamowity widok na Jerozolimę, ktory do tej pory widzialam jedynie na plakatach. Nie da sie tego opisac. Zjazd przeciasnymi uliczkami, za ktory wielki podziw dla o.Franciszka, ktory urzekl mnie swoja dobrocia. I udało sie wjechac na teren starej Jerozolimy przez Bramę Lwów. Tu te uliczki, jeszcze o tej porze puste naprawde mnie zaczarowały. No i chlodek w Jerozolimie bez porownania z Tel Avivem, gdzie w porównaniu z pogoda w Polsce jest ukrop.
Zajechalismy pod drzwi obiektow armeńskich, gdzie jest nasze mieszkanie i kościół, w którym modlimy sie przy IV stacji Via Dolorosa. Drzwi otworzyla s.Cecylia, wloszka, odpowiedzialna za wspolnote.
Z wrazenia nie bylam w stanie nic robic, tylko wejsc w rytm siostr, czyli po krotkim powitaniu takze z s.Nirmalą, hinduską, zaspiewałyśmy Jutrznię, potem Eucharstia - także po włosku (trzeba było przypomniec sobie dawne włoskie czasy) sprawowana w naszym Kosciele ormiańskim przez ksiedza afrykanczyka, fajnie, co? i był w białej sutannie, zeby bylo ciekawiej ;)

A potem zobaczylam to cudo w koncu na wlasne oczy, czyli Tryptyk Jerozolimski. Niech zaluje kto nie widzial ;)I zapraszam!

No i w tym miejscu juz padlam. Zjadlam co nieco, czyli pitę z jakimś rodzajem dżemu - tu zapowiada się ciekawie...i padłam. Obudził mnie zapach obiadku - pasta na zielono ;), i na drugie smażony filet z kurczaka na imbirze, zaskoczenie? Gotowała s.Nirmala, jest świetna, moim zdaniem.

Trochę się rozpakowywałam, troche, bo tylko rzeczy troche mam;). I poszłam na Adorację. Tam spotkałam o.Kazimierza - inicjatora naszej obecności tam (historia: www.tryptykjerozolimski.pl).
Wyobraźcie sobie: 10 osób na adoracji naliczyłam. Chociaż bylo to zmienna liczba, bo wychodzili- wchodzili. Miejsce naprawde szczegolne... No i oczywiscie co chwilke przez okno slyszalam spiewy polskie, juz spotkalam w Kosciele polskie pielgrzymki... .No i wolontariusze z Polski.

Adorację zakonczyliśmy wspólnymi nieszporami, po włosku, chociaż włoszka była jedna - s.Cecylia grała na psalterium, a 4 polaków i jedna hinduska ;)

Potem przyszedl czas na kolejne piekne wydarzenie tego dnia: wizyta w Bazylice Grobu Pańskiego.... zaniosłam wszystkie powierzone mi intencje. Ale była to krótka wizyta. Przyjdzie czas...jutro będę tam na Mszy.

Ulice zapełnione straganami, zaczepki sprzedawców, zapachy, odgłosy, kolory, biegające dzieci....to trzeba zobaczyć, poczuć... i uczucia strachu z lotniska juz odbiegly daleko. Ale to nie zaslepiajacy zachwyt. Potem to zamykaja, cisza jak rano, kiedy przyjechalam. Miedzy straganami widac oryginalne wejscia do budynkow, gdzie mieszkaja rodziny. Tak jak u nas, gdzie wydaje sie ze nie ma zadnego kosciola, a okna pokoju, w ktorym jestem wlasnie wychodza na piekny kamienny kosciol ormianski. Piekny, bo z kamienia, a takie bardzo lubie. I sa chlodne kiedy na dworze przypieka slonko.
Poznalam juz Aleksieja, ormianina, administratora budynkow , w których jestesmy,Iasina (nie wiem jak sie pisze to imie), prawa reke Aleksieja, ktory jest pochodzenia nie wiadomo jakiego. Potem rodzina Silwy...No i ćwiczenia angielskiego, bo oni niekoniecznie mówią po wlosku.

Zakupy w arabskim sklepie, ktory przypomina taki wiekszy supermarket wiejski w Polsce. Po drodze spotkałyśmy siostre pasterzanke z Australii, jakis franciszkanow znajomych s.Cecylii. I powrót do domu, a tu przed nami tarktor z przyczepą. Po tym widoku, na tak waskich uliczkach, obiecalam sobie zabierac aparat fotograficzy ze soba wszedzie. Zreszta po to go mam, a mam go dzięki Tomkowi, któremu bardzo dziekuję za wszelką pomoc i dzielenie sie doswiadczeniem jego pobytu w Izraelu, i za wiele innych rzeczy.....

no i juz padam, ale jakos chcialam to opisac, choc nie odda sie wszystkiego, zwlaszcza dobroci osob, poczawszy od s.Magdy, s.Asi, Emilii, wielu sióstr za wspólnoty, właśnie Tomka, o.Jakuba, i napawde wielu, ktore wiem, ze modlily sie za mnie. Naprawde ogromne podziekowania, bo czuje sie dluznikiem wszystkich bedac tu, i zapewniam o modlitwie w tych szczegolnych miejscach.

Jednoczesnie bardzo, bardzo prosze takze o modlitwe, bo bardzo jej tu potrzeba dla naszej wspolnoty, aby miec wrazliwe serce i gotowe do odczytywania natchnien Bozych. Same nic nie mozemy, jedynie z Bogiem jest mozliwe wszystko - przykladem moze byc moja obecnosc tu, ktora jeszcze mnie zadziwia.
pozdrowienia z Ziemi naszych Ojców w wierze....

3 komentarze:

  1. Miriam, witaj! Dzięki za reporterski przekaz tego co widzisz czuję się jak na miejscu...Duch św. Pawła zdaje się działa w Tobie:), z ciekawością czekam na kolejne odcinki mm

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdrawiam pięknie z ośrodka DPS-u w Niegowie, gdzie jestem na praktykach. Udało mi się w niedzielne popołudnie zająć gabinet s. Dyrektor, by nadrobić zaległości z pierwszych dni Twego pobytu w Ziemi Świętej. Pozdrawiam serdecznie - pamiętam i czuwam :).

    OdpowiedzUsuń
  3. dziekuje za czytanie, w koncu dla kogo ja to pisze???

    OdpowiedzUsuń