28 lutego 2011

Welcome SBF in my life

No właśnie, jakby się ktoś pytał jakie są owoce pobytu Matki Generalnej w naszej wspólnocie, to o jednym mogę sama napisać już dziś, choć Matka jeszcze nie doleciała do Rzymu: archeologia biblijna...lub coś w tym rodzaju, na SBF, czyli Studium Biblicum Franciscanum. Brak słów.
Pomysł był wczoraj, a dziś się realizował, i dotąd czuję kolana od biegania w tę i z powrotem na Flagellację, czyli gdzie jest SBF, żeby zapisać się na kilka kursów.
Z czego najbardziej się cieszę? Że uda się pracować i jednocześnie studiować. I poznawać Ziemię Świętą.
Już w czwartek Jerycho i Masada - jaki Pan jest dobry!

26 lutego 2011

20 lutego 2011

Po pogrzebie

Ostatnie zdjęcie z poniedziałkowego spotkania
 z Ojcem Świętym Benedyktem XVI.
 Watykan 7 lutego 2011
Bardzo polecam stronę internetową o Abp Józefie Życińskim: http://www.jozefzycinski.pl/, zwłaszcza Pasterski Kwadrans, który miał być wyemitowany 12 lutego 2011.

Przytaczam tu wspomnienie jednego z księży o abp Życińskim, którym podzielił się ze mną:
o NIM...
wiesz, to jest takie dziwne... gdy przyszedł do naszej dieciezji przyjął
taki zwyczaj, że w dniu moich imienin zapraszał mnie do siebie na obiad,
trwało to chyba z 5 lat po kolei...takie tam pogaduchy, no ale fajnie
było, przyzwyczaiłem sie do tego...
kilka lat temu przestał mnie zapraszać...trwało to ze 3-4 lata...
nawet byłem wkurzony...myślałem sobie,
kurde...nie to nie...podpadłem w czymś czy co...?,
aż tu nagle w tamtym roku zaproszenie...na obiadek...poszedłem....
był jeszcze jakiś ksiądz, który pracuje w jednej z włoskich diecezji
jako sekretarz biskupa no i sekretarz abp i ja... i takie tam pogaduchy,
powiedział: wiesz, nie zapraszałem cię przez kilka lat, bo wyjeżdżałem w
tym czasie.... a jak tam zdrowie? co u ciebie?
- mam nadciśnienie, biore leki...;
a jakie leki...? (zdziwiło mnie to, że pyta o nazwy leków..., teraz
rozumiem),
ciągle mam przed oczyma ten obraz... tego obiadu... i Życińskiego,
którego wielu uważa za potwora, jak normalnie ze mną gada....;
tak sobie myślę, gdyby nie ten obiad, byłoby mi łatwiej to wszystko
znieść, a tak...



i trochę refleksji ks. Wojtka Węgrzyniaka:

Był najlepszym wykładowcą w seminarium. Tak to czułem zawsze. Wygrał nawet z Tischnerem. Nie pomogło, że filozofa z Łopusznej poznałem dużo wcześniej, że ceniłem niezmiernie, że czytam go do dziś więcej i że poza Papieżem jest dla mnie największym autorytetem. Życińskiego po prostu uwielbiałem słuchać.Śmierć arcybiskupa z Lublina zrodziła niejedną refleksję. Ja pozwolę sobie na pytanie o ideał profesora.Co takiego było w metropolicie lubelskim? Nie wiem.Przedmiot nudny. Wykłady tuż przed obiadem. Sala zapełniona ludźmi. Jeszcze to krakowskie powietrze, do którego ciężko się przyzwyczaić nie tylko góralowi. A jednak… Wciągał serce w trzeci świat Poppera. Malował w wyobraźni dyskusje na nowojorskim trawniku. Tłumaczył, jak to jest ważne, żeby być intersubiektywnie komunikowalnym i intersubiektywnie kontrolowalnym. To był jedyny wykład, na którym kilka razy łezka zakręciła się w oku i przychodziły takie chwile, kiedy w duszy modliłem się, żeby zajęcia jeszcze się nie kończyły, żeby trwały… i trwały… Nigdy potem nie spotykałem wykładowców takiej klasy – ani w Rzymie, ani w Jerozolimie.
Czy jednak to jest ideał profesora?
Prawie nic nie pamiętam z filozofii nauki. Nie nauczyłem się ani metody, ani treści. Nie zacząłem czytać książek na ten temat. Poza „piątką” w indeksie i uznaniem dla profesora nie zostało chyba nic.Czy to jest więc ideał profesora?W podstawówce uczył mnie geografii pan Krępa. Chodził z uczniami w góry. Nauczył zbierać punkty na górskie oznaki turystyczne. Przygotowywał na olimpiady i wychowywał zwycięzców. Ciągał nas po konkursach krajoznawczych, i to z wymiernymi efektami.To od niego zaraziłem się górami. Dzięki fundamentom położonym przez niego mogłem w liceum dostać się na ogólnopolską olimpiadę z geografii. To on zachęcił do kursu młodzieżowego organizatora turystyki.
Czy to jest ideał profesora?
W liceum uczył mnie polskiego pan Bogacz. Przestałem się go bać chyba dopiero w maturalnej klasie. 16 wypracowań na rok to była norma. Jak klasa była grzeczna. Jak nie, to 18. Trzy zeszyty notatek po 100 stron na jeden rok. Z każdego omawianego utworu jakiś cytat na pamięć. Była nawet gimnastyka śródlekcyjna i zanoszenie w siatce zeszytów do mieszkania profesora! Ponad kilometr drogi. Standardem były oceny tak niskie, że nauczyliśmy się szybko dziękować Bogu za trójkę z plusem.A przecież to on zaraził mnie literaturą. Nauczył warsztatu pisania i pierwszych kroków w retoryce. Wchodząc do księgarni gdziekolwiek na świecie, poznaję autorów i tytuły książek, z których sprawdziany były niemiłosierne albo które podane jako lektura uzupełniająca pozostały w pamięci na zawsze niczym marzenia czytelnika odłożone na przyszłość: Klub Pickwicka Dickensa czy Raj Utracony Miltona.
Czy to jest ideał profesora?
W Rzymie pisałem licencjat u Beutlera. O pracy rozmawialiśmy tylko raz… 15 minut. Zdecydowanie wybrał jeden z trzech przedstawionych tematów. Zasugerował najlepszą metodę badań. Niecałe 70 stron napisało się w miesiąc. Pracę oddałem przez portiera jezuitów i do dziś jestem pod wrażeniem owej niesamowitej „współpracy” z promotorem. Już nie mówiąc, że na życzenia mailowe odpowiadał tego samego dnia.
Czy to jest ideał profesora?
Życiński był dla mnie najlepszym wykładowcą. Tak to czuję. Mieszając zadumę z modlitwą i refleksją, nie mogę jednak uciec od nurtującego pytania: Co to znaczy być wybitnym profesorem? Czy w tej materii istnieje tylko jeden skończony paradygmat? Czy bycie wybitnym jest symfoniczne jak prawda? A może to tylko iluzja subiektywnej percepcji?

18 lutego 2011

Jeden z moich ulubionych...Guido di Pietro lub Jan z Fiesole lub...?

Beato AngelicoMalarz w habicie,  wspomnienie 18 lutego

Nigdy nie sięgał po pędzel bez odmówienia modlitwy. Był wybitnym 
malarzem wczesnego renesansu, nadto dominikaninem, człowiekiem wielkiej pokory, łagodności i pobożności. Mieszanka, przyznajmy, dość szokująca. Już za życia miał przydomek „Beato” (błogosławiony). Beatyfikował go jednak dopiero Jan Paweł II w roku 1982. 
Urodził się około 1400 roku jako Guido di Pietro w pobliżu Florencji. Kiedy skończył dwadzieścia lat, wstąpił do klasztoru dominikanów w Fiesole, gdzie przybrał imię Jana z Fiesole.


Kosciol i klasztor sw. Dominika w Fiesole, do ktorego wstapil 
Beato Angelico - przez dwa lata moj kosciol parafialny.
 Do historii Kościoła i historii sztuki przeszedł jako Fra Angelico (Brat Anielski). Otrzymał ten przydomek, ponieważ tematem jego dzieł były często postacie aniołów. Wiele lat spędził we florenckim klasztorze św. Marka, ale modlił się i malował również w Kortonie, Foligno i Orvieto. W połowie XV w. zyskał taką sławę, że sprowadzono go do Rzymu, gdzie - na zlecenie papieży Eugeniusza IV i Mikołaja V - wykonał freski w kaplicy pałacu watykańskiego. Zmarł 18 lutego 1455 r. w Rzymie. Według tradycji, po jego śmierci po policzku każdego z namalowanych przez niego aniołów spłynęła łza. Pochowano go w rzymskim kościele Sopra Minerva. 

Aby zasmakować piękna dzieł Fra Angelica, najlepiej zwiedzić klasztor św. Marka we Florencji, w którym wiele ścian zdobią freski artysty dominikanina. U szczytu schodów prowadzących na pierwsze piętro znajduje się niezwykle piękne „Zwiastowanie”, z inskrypcją przypominającą zakonnikom, aby przechodząc obok odmawiali „Zdrowaś Maryjo”. Dalej w 44 celach mnichów znajdują się pobożne freski Fra Angelica lub jego pomocników przedstawiające sceny z Ewangelii. 

W tym samym klasztorze kilkadziesiąt lat później przeorem był Girolamo Savonarola, asceta, grzmiący z ambony na artystów za uleganie fascynacji pięknem, które odwodzi od Boga. A przecież ilekroć szedł do swej celi, musiał zatrzymywać wzrok na radosnym, kolorowym „Zwiastowaniu” namalowanym przez swojego współbrata. Musiał więc dostrzegać, że między wiarą a sztuką może istnieć głęboka jedność, że obie te dziedziny ludzkiego ducha nie muszą ze sobą walczyć, ale mogą się nawzajem wzbogacać, inspirować, przenikać. 

Niestety, głęboka jedność wiary i sztuki, która owocowała tak obficie przez wieki, dziś została w znacznym stopniu zerwana. Jan Paweł II w Liście do artystów wzywał do odnowienia tego utraconego przymierza, powołując się między innymi na dzieło Fra Angelica. Pisał: „Kościół potrzebuje sztuki. Musi bowiem sprawiać, aby rzeczywistość duchowa, niewidzialna, Boża, stawała się postrzegalna, a nawet w miarę możliwości pociągająca”. Ale też przekonywał artystów, że religia jest wciąż wielkim źródłem natchnienia: „O ileż uboższa byłaby sztuka, gdyby oddaliła się od niewyczerpanego źródła Ewangelii!”. 
Nie wszyscy mogą być artystami, to oczywiste. A jednak, jak stwierdził Papież: „zadaniem każdego człowieka jest być twórcą własnego życia: człowiek ma uczynić z niego arcydzieło sztuki”. A zatem do dzieła!

Kaznodzieja pędzla

Świat malarstwa Fra Giovanniego da Fiesole jest światem idealnym, którego atmosfera emanuje pokojem, świętością, harmonią i weselem, i którego realność materializuje się w przyszłości, kiedy na Nowej Ziemi i w Nowych Niebiosach zatriumfuje ostateczna sprawiedliwość – tak mówił o artyście z Florencji papież Pius XII.

Kiedy Guidolino di Pietro – bo tak brzmi prawdziwe imię Beato Angelico – już jako uznany artysta wstępował do klasztoru dominikanów w Fiesole, oczekiwał na niego jako bezpośredni mistrz i nauczyciel ojciec Antonino Pierozzi, człowiek niezwykłej wiary i szerokich horyzontów, który na kartach historii Kościoła zapisał się jako św. Antonino. Były to czasy, kiedy wśród dominikanów ścierały się dwie tendencje: jedni ciążyli bardziej ku studiowaniu i poszerzaniu wiedzy uniwersyteckiej, inni większy nacisk kładli na przepowiadanie słowa Bożego.

Aby wyjść naprzeciw obydwu nurtom, rezolutny biskup Florencji postanowił przebudować konwent, dzięki czemu zwolennicy obydwu opcji będą mogli zamieszkać osobno; jedni oddadzą się studiom, drudzy przepowiadaniu. W ten sposób został rozbudowany pod patronatem Cosimo de Medici klasztor św. Marka, zaprojektowany przez wybitnego wówczas architekta Michelozzo. Prace nad ozdobieniem ścian freskami powierzono Fra Giovanniemu, znanemu właśnie jako Beato Angelico.
Cela oznaczona numerem 10 wspomnianego klasztoru przeznaczona była dla przeora. Artysta nie miał wątpliwości, jaki fresk powinien ją zdobić; wybrał ewangelijną scenę ofiarowania Jezusa w świątyni. Dlaczego? Jego myśl biegła następująco: gdy Maryja i Józef zgodnie z żydowskim zwyczajem przynieśli swego Pierworodnego do świątyni, Symeon natychmiast rozpoznał w Nim Mesjasza. Przeor klasztoru również winien rozpoznawać w młodych adeptach mnisiego życia powołanie, dlatego właśnie Symeon powinien mu patronować.

W malowidle Beato Angelico spotkanie Świętej Rodziny z Symeonem odbywa się w obecności świadków; są nimi św. Piotr Męczennik i Anna, córka Fanuela. Punkt centralny fresku wyznaczają dłonie Maryi – dłonie, które ofiarowują i przyjmują zarazem. Z twarzy Matki Chrystusa emanuje niezmącony spokój, jednak kolorystyka Jej szat wskazuje na późniejszą realizację proroctwa o duszy, którą przeniknie miecz. Fiolet płaszcza symbolizuje cierpienie, czerwień sukni mękę. W taką symbolikę wpisują się igrające płomienie ognia, wydobywające się z ołtarza i niemal smagające dłonie młodziutkiej Matki Zbawiciela.

Najbardziej niezwykły moment malowidła to jednak spotkanie oczu: wzrok małego Jezusa napotyka oczy starca Symeona. Na linii spojrzeń niemal iskrzy. Nić pełnego zrozumienia mówi wszystko: starzec uświadamia sobie, Kogo trzyma w dłoniach, Jezus zdaje się czytać w myślach pobożnego Izraelity. Ten bezsłowny dialog sprawia, że niemal statyczna scena nabiera dynamizmu. Spoglądający na fresk staje się uczestnikiem akcji. Przenosi się w miejscu i czasie.

Nagle znajduje się w świątyni jerozolimskiej, stoi obok córki Fanuela i Piotra Męczennika i niemal słyszy wyśpiewany kantyk starca. Anna lewą dłonią zdaje się wskazywać Niemowlę. Pozostałe trzy postacie skupiają wzrok na Symeonie i Jezusie. Na twarzy Symeona pojawia się niemal uśmiech, jakby powodowany czystą niewinnością Dziecka, jednak w oczach widać cień przyszłych wydarzeń: starzec zdaje się rozpoznawać tajemnicę śmierci Chrystusa. Krzyż zresztą wpisany jest w krąg aureoli, która otacza główkę Dziecka. A czy szaty, którymi oplecione zostało Niemowlę, nie przypominają już całunu?

Piękno postaci zostaje wydobyte przez złote światło, które dominuje we fresku. To właśnie ono wyodrębnia postacie z otaczającego je tła, odcina i uwyraźnia. Zieleń płaszcza proroka dorzuca klimat nadziei do tego światła, tak że cień zapowiadanej śmierci zostaje jakby złagodzony. W ten właśnie sposób głosił Ewangelię mnich Zakonu Kaznodziejskiego, Beato Angelico.

ks. Tomasz Jaklewicz
http://kosciol.wiara.pl/doc/490557.Blogoslawiony-Jan-z-Fiesoli-Fra-Angelico-Malarz-w-habicie

15 lutego 2011

Eid-Milad-ul-Nabi czyli urodziny proroka Mahometa

Od kilku już dni zauważamy z naszego tarasu jakieś działania w okolicach Meczetu Omara, który jest rzut beretem od nas. Jest taki plac, na którym założono zadaszenie, a wczoraj wieczorem montowano kolorowe lampiony i ustawiono niezliczoną ilość krzeseł. I tak dedukowałyśmy z s.Gabrielą, że to może jakiś ślub się szykuje. Uderzyło mnie, że wracając dziś z porannej Mszy nie widziałam dzieci idących do szkoły. I patrzę w kalendarz: urodziny proroka Mahometa. I co?I prawdopodobnie będzie wesoło w nocy, bo muzułmanie mają to do siebie, że jakoś tak lubią świętować w nocy...Jak się uda to wieczorem porobię jakieś zdjęcia...
Urodziny Proroka – narodzinom Mahometa towarzyszyły liczne cuda: ziemię rozjaśniło niezwykłe światło, rozbrzmiewały głosy z niebios, aniołowie rozpostarli swe skrzydła i zadrżały trony panujących. We wczesnym islamie tego święta nie obchodzono, narodziło się w X–XI w. w Egipcie. Sunnici obchodzą je dwunastego dnia trzeciego miesiąca roku – w tym dniu wspominają zarówno narodziny, jak i śmierć Proroka. Szyici obchodzą je pięć dni później. W Turcji to święto nazywa się Świętem Światła. W meczetach zapala się lampy i świece. Organizuje się zgromadzenia, na których odprawia się modlitwy dziękczynne za Proroka i opowiada się budujące historie z jego życia. W Pakistanie święto to polega na wspominaniu Proroka na wspólnych spotkaniach i trwa cały miesiąc.

Jest to dzień upamiętniający narodziny Proroka Muhammeda. Muzułmanie nie obchodzą go tak świątecznie jak chrześcijanie Bożego Narodzenia. Na pamiątkę tego wydarzenia wierni zbierają się w meczecie i opowiadają sobie historie z życia Proroka Muhammeda, jego rodziny i towarzyszy.

14 lutego 2011

Jerozolimskie spotkania

Nawet jeśli Jerozolima nie leży w centrum świata jak przedstawiają ją średniowieczne mapy świata, to i tak jest dla mnie właśnie w centrum. Nie sposób opisać jak wiele spotkań nastąpiło własnie tu, spotkań nieprzewidzianych, zaskakujących....Wydawać by się mogło, że to miasto jest po drodze, dokądkolwiek się zmierza...
Tydzień temu spotkanie z s.Judytą, która oprowadzała grupę. Kilka dni temu spotkanie z polskimi księżmi paulistami...a dziś już kolejne spotkanie z moją imienniczką, s. Miriam z naszego zgromadzenia.
Najbardziej niesamowite jest to, że to miasto przez te spotkania staje się coraz bardziej jakby moim domem. Bo inni przyjeżdżają i wyjeżdżają, a ja tu jestem. Wiele osób pyta mnie jak długo tu zostanę. Ja na szczęście tego nie wiem. I nie myślę o tym...czas należy do Pana.

10 lutego 2011

Umieć przyjąć co daje Pan

No, czasem mam wrażenie, że piszę tego bloga dla samej siebie. I pewnie tak jest. Bo jakoś człowiekowi (temu człowiekowi co ma Miriam na imię) jaśniej się zrobi na duszy i umyśle, jak to co sobie uzmysłowi zatrzyma gdzieś zapisane i wróci czasem do tego.
Sam tytuł tego posta, który przyszedł spontanicznie po otrzymaniu wiadomości o śmierci Bp Życińskiego i jednocześnie zabieraniu się do napisania kilku słów o dniu dzisiejszym, jest i dla mnie prawdą, którą chciałabym nie tylko pisać, ale i nią żyć. I to nie przy tych szczególnych wydarzeniach, ale tak po prostu, na co dzień....

Dzień zaczął się świętowaniem kolejnej rocznicy powstania naszego Zgromadzenia ze wspólnotą OO. Franciszkanów na Syjonie, tzw. wspólnotą Cenacolino. Szukałam jakiegoś związku z naszym świętem i chyba chodzi o to, że na Syjonie jest niemiecko - języczna wspólnota Benedyktynów, a św.Scholastyka była siostrą św. Benedykta. A jako, że żadna z nas nie mówi po niemiecku, wybrałyśmy się do wspólnoty zaprzyjaźnionych Franciszkanów, i po skromnej Mszy św.zjadłyśmy śniadanie w towarzystwie hiszpana - Fr. Enrique, ormianina - Fr. Haroutiun i amerykanina - Fr. Michael ;)

W Rzymie zmarł abp Józef Życiński - mój biskup...


Metropolita lubelski, arcybiskup Józef Życiński ( na zdj. archiwalnym z 18.06.2008 roku) zmarł nagle w Rzymie, 10.02.2011.
(fot. PAP/Andrzej Grygiel)

Arcybiskup Józef Życiński nie żyje. Metropolita lubelski zmarł nagle w Rzymie w wieku 62 lat. Do Wiecznego Miasta pojechał na sesję plenarną Kongregacji ds. Wychowania Katolickiego, której był członkiem.


Jak podało na stronie internetowej biuro prasowe Konferencji Episkopatu Polski, prawdopodobną przyczyną śmierci był wylew krwi do mózgu.

KEP dodała, że informację potwierdził pracownik Casa del Clero, w którym zatrzymał się arcybiskup metropolita lubelski.

Józef Życiński urodził się 1 września 1948 r. w Nowej Wsi koło Piotrkowa Trybunalskiego. W 1972 r., po ukończeniu studiów w Wyższym Częstochowskim Seminarium Duchownym w Krakowie, przyjął święcenia kapłańskie. W 1976 r. na Wydziale Teologicznym w Krakowie uzyskał stopień naukowy doktora teologii. Drugi stopień doktora, tym razem filozofii, uzyskał na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Habilitował się w roku 1980 na podstawie pracy: „Prostota i dyskonfirmowalność jako kryteria heurystyczne w kosmologii relatywistycznej”.

W latach 1982-1985 pełnił funkcję prodziekana, a od 1988 do 1990 r. dziekana Wydziału Filozoficznego tej uczelni. Jest inicjatorem serii zeszytów Zagadnienia Filozoficzne w Nauce, wydawanych przez PAT, edycji angielskiej Philosophy in Science wydawanej przez PAT, Obserwatorium Watykańskie i Uniwersytet w Tucson, oraz serii wydawniczej Philosophy in Science Library, poświęconej problematyce interdyscyplinarnej, wydawanej przez przy współpracy Obserwatorium Watykańskim.

Od 4 listopada 1990 r. do 14 czerwca 1997 r. był biskupem tarnowskim. Dnia 14 czerwca 1997 r. został mianowany arcybiskupem metropolitą lubelskim. Ingres do archikatedry lubelskiej pw. św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty odbył 29 czerwca 1997 r. Został wówczas 11. rządcą diecezji i drugim metropolitą lubelskim. Pełnił również urząd Wielkiego Kanclerza Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Był też jednym z najbardziej aktywnych członków Papieskiej Rady ds. Kultury.

W latach 1999-2005 należał do Wspólnej Grupy Roboczej Kościoła Katolickiego i Światowej Rady Kościołów.

Przewodniczył Radzie Programowej Katolickiej Agencji Informacyjnej. Uczestniczył również jako konsultor, współpracownik i członek w pracach wielu światowych środowisk naukowych. Był m.in. członkiem Europejskiej Akademii Nauki i Sztuki w Salzburgu, Rosyjskiej Akademii Nauk Przyrodniczych oraz Komitetu Biologii Ewolucyjnej i Teoretycznej Polskiej Akademii Nauk. Zasiadał w Radzie Naukowej Fundacji Johna Templetona, przyznającej nagrody określane mianem „teologicznego Nobla”.

Abp Życiński był pomysłodawcą i organizatorem trzech Międzynarodowych Kongresów Kultury, jakie odbyły się w Lublinie.

Otrzymał doktorat honoris causa kilku uczelni, m.in. Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie i lubelskiej Akademii Medycznej.

Był autorem wielu książek eseistycznych o kulturze, nauce, społeczeństwie, m.in. „Medytacje sokratejskie”, „Bóg i ewolucja. Podstawowe pytania ewolucjonizmu chrześcijańskiego”, „Bóg postmodernistów. Wielkie pytania filozofii we współczesnej krytyce moderny”, „Odyseusz czy playboy? Kulturowa odyseja człowieka”. Abp Życiński miał także bogaty dorobek publicystyczny; przez lata systematycznie publikował eseje w „Rzeczpospolitej” (wydania książkowe obejmują pięć zbiorów), co tydzień pisał refleksje biblijne dla „Tygodnika Powszechnego”.

Interesował się filozofią nauki, kosmologią relatywistyczną, metalogiką, historią nauki i badaniem relacji między nauką a wiarą, filozofią procesu Whiteheada i jej rolą we współczesnym wykładzie chrześcijańskiej doktryny.

9 lutego 2011

Dobra rozmowa umacnia ludzkie więzi bardziej niż cokolwiek innego

10 lutego 1924 roku - data, która dla mojego Zgromadzenia jest "dniem urodzin". Dzień związany także z naszą pierwszą Siostrą, sługą Bożą Matką Scholastyką.
Nosiła imię św.Scholastyki, siostry św. Benedykta...
Bardzo spodobało mi się określenie św. Scholastyki jako Patronki Dobrych Rozmów


Pewnego dnia o godz.10.00 rano ks. Alberione przywołał osiem postulantek Córek Św. Pawła, aby dać im wskazania określające życie duchowe i apostolskie. Nowy Instytut miał być przeznaczony na służbę kapłanom Kościoła, szczególnie tym z Rodziny Świętego Pawła, którzy głoszą Ewangelię środkami społecznego komunikowania. Powiedział im, że celowo wybrał ten dzień na założenie nowego zgromadzenia, bo dziś przypada liturgiczne wspomnienie św. Scholastyki, a to imię oznacza"uczennica". Wieczorem tego samego dnia przywołał powtórnie ósemkę dziewcząt i polecił im uformować wspólnotę na czele z Urszulą. Wytyczył też główne linie życia zakonnego i charakterystyczne cechy właściwe dla Pobożnych Uczennic Boskiego Mistrza: życie ukrycia, modlitwy, milczenia i ofiary. Wyznaczył im też spowiednika.
I tak oto począwszy od 1924 roku, dzień 10 II celebrujemy z modlitwą uwielbienia i dziękczynienia Panu, wspominając narodziny naszej wspólnoty Uczennic. Tego dnia  wspominamy nie tylko naszą  pierwszą matkę, ale odświeżamy ducha początków, określonego przez Założyciela poprzez wybór dnia fundacji na dzień wspomnienia Scholastyki = uczennicy; to właśnie imię nadane zostało Urszuli, pierwszej z wielu.
Matka Scholastyka tak pisze, wspominając dzień obłóczyn:
"Kiedy Ojciec Założyciel uznał, że nadszedł czas, aby dać uczennicom w Rodzinie specyficzną cząstkę w postaci Adoracji Eucharystycznej, sporządził projekt stroju z wełnianego materiału w kolorze niebieskim i białym i powiedział mi: Idź z Metyldą kupić ile potrzeba i w tajemnicy przygotujcie habity. Nikt nie powinien się o tym dowiedzieć przed datą obłóczyn wyznaczoną na 25 marca. Zasugerował szczegóły: habit niebieski, luźny, z fałdami; szkaplerz biały z czarną lamówką, a na piersi naszyty haft w kolorze czerwonym przedstawiający  hostię z promieniami; niebieski welon; przy pasku różaniec z piętnastoma tajemnicami. Na przeznaczony dzień wszystko było gotowe."
Wczesnym rankiem osiem kandydatek pojawiło się w kaplicy Towarzystwa Św. Pawła. Były już tam oczekiwane przez Założyciela, który miał przewodniczyć uroczystości; obecni byli także ks. Tymoteusz Giaccardo (najbliższy współpracownik Założyciela, obecnie błogosławiony)  i Matka Tekla Merlo (pierwsza matka Córek Świętego Pawła). Na wezwanie ojca Założyciela Urszula pierwsza przyklęknęła i uchyliła welon, aby dokonać symbolicznego obcięcia kosmyka włosów. Następnie według rytuału ks. Alberione pobłogosławił i wręczył im przygotowane habity. Cała ósemka wyszła do zakrystii, aby się przebrać. Gdy powróciły do kaplicy,  rozpoczął się obrzęd składania profesji. Każda z nich złożyła kolejno śluby prywatne na ręce Założyciela, po czym zostały im nadane nowe imiona zakonne. Urszula przyjęła imię Scholastyka. O zwykłej porze przybyli do kaplicy pozostali członkowie Rodziny Św. Pawła, nieświadomi tego, co się właśnie dokonało, i zaskoczeni widokiem obłóczonej grupy sióstr. Założyciel rozpoczął Eucharystię. W homilii nawiązał do porannego misterium, wyjaśniając swoje zamiary. Potem wszystkim obecnym w kaplicy kapłanom, braciom i siostrom ogłosił uroczyście nazwę nowego instytutu:POBOŻNE UCZENNICE BOSKIEGO MISTRZA. Kontynuując powiedział:

"Od tej pory, w dzień i w nocy, te siostry będą adorować Jezusa obecnego w Eucharystii,wypraszając dla członków Rodziny Św. Pawła wszystkie łaski potrzebne dla osobistego uświęcenia i dla apostolstwa."
Tego samego dnia Założyciel powierzył odpowiedzialność za grupę siostrze Scholastyce, czyniąc ją pierwszą uczennicą i pierwszą matką naszego zgromadzenia. Otrzymawszy od Założyciela habit zakonny, złożywszy na jego ręce pierwsze śluby, przyjąwszy specjalny mandat - natychmiast stała się siostrą Scholastyką i chciała, by właśnie tak ją zawsze nazywano, bez wymieniania tytułów czy funkcji.
     Czuła się maleńka, czuła się niczym, i powtarzała to wiele razy w swoim życiu, ale właśnie ta pokora i zaufanie Bogu, umacniane na modlitwie, dawało jej pewność, że jest zdolna wypełnić swą nową misję.
O godz. 14:00 ks. Alberione i ks. Giaccardo polecili siostrom Scholastyce i Antonietcie, aby rozpoczęły pierwszy turnus Adoracji. W kościele już czekał na nie Boski Mistrz wystawiony w Najświętszym Sakramencie. Po czym Założyciel dodał: 
"Zajmijcie miejsca w  przygotowanych klęcznikach i módlcie się wyznaczonymi modlitwami."     
     Tak oto rozpoczęła się dla Uczennic Boskiego Mistrza wielka i cenna misja wieczystej Adoracji Eucharystycznej.
Na podstawie:
Marialucia Ricci  "Madre Maria Scolastica Rivata.
                                                                                   Fedele Discepola del Divin Maestro."

3 lutego 2011

Niebo nad Jerozolimą

Dzisiejszy poranek, ok.6.25, o mało co nie spóźniłam się na Eucharystię, bo jak wyszłam z domu to mnie zamurowało i pobiegłam po aparat...Nic nie poradzę na to, co jest na dachach,ale wrażenie było niesamowite ;)

2 lutego 2011

Mała rocznica

Dziś mijają dwa lata jak (niestety-stety) nie będąc na Mszy w Katedrze Warszawskiej ze wszystkimi przykładnymi osobami konsekrowanymi, zajadałam kanapkę z kiełbasą i ketchupem i odebrałam w kuchni telefon od...Matki Generalnej, od której usłyszałam: Siostro Miriam, jeśli nadal masz takie pragnienie, to ja w imieniu naszego zgromadzenia proszę Cie o wyjazd do Jerozolimy do naszej nowej wspólnoty.
Kanapka mi nie wypadła z ręki.Skończyłam ją. I w sumie nie pamiętam co potem.
Ale wiem co teraz. Nadal tu jestem ;)

"...światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela".



Ofiarowanie Pańskie


Od IV wieku w Jerozolimie święto to przeżywano jako "Spotkanie Pańskie". Chrystus przez swoje "wejście w świat" spotyka się ze wszystkimi ludźmi. Przez pośrednictwo Jezusa, Maryi i św. Józefa - w tym spotkaniu w świątyni jerozolimskiej - "dokonało się" już w zarodku "wszechspotkanie" Boga z ludźmi i ludzi pomiędzy sobą”. Jest to mianowicie "spotkanie" z całą ludzkością, reprezentowaną przez Symeona, oświeconego mocą Ducha Świętego (Łk 2,25-26). Syn Boży ofiarowuje się również światu, jest on darem Boga, którego udziela On zarówno narodom pogańskim ("Światło na oświecenie pogan"), jak i Swemu Ludowi - Izraelowi ("I chwałę ludu Twego, Izraela"), aby doprowadzić ich do zbawienia. Jezus Chrystus jest Światłem, które "oświeca" ludzi i prowadzi ku życiu wiecznemu; jest spełnieniem nadziei na przyjaźń z Bogiem, jakie nosi w sobie pogrążona w grzechu ludzkość.