30 czerwca 2009

Link do albumu ze zdjęciami...

www.picasaweb.google.com/shalom.miriam.pd
a temperaturka rośnie + 40'C ;)

Pierwszy wtorek ;)



dziś oprócz porannych wzdychań, że trzeba tak wczesnie wstawać, nic się nie wydarzyło...
Za to wczoraj, (mam nadzieję, że pamiętam kolejność), w drodze na zakupy miałysmy z s.Cecylią zajść do SS. Elżbietanek, do Nowego Domu Polskiego, gdzie mieszka s. Judyta, której jeszcze nie ma. Idąc tam spotkałysmy ks. Łukasza, oczywiście polaka, którego zaczełam zaraz wypytywać o mozliwość zrobienia kursu jęz. hebrajskiego. Ksiądz podał mi telefon do szkoły, bo kurs zaczynałby się już 5 lipca....i tu zaczęło się kolejne przezycie. Od nauki języka angielskiego minęło jakby nie było już 14 lat, a ja teraz wygrzebuję coś tam z pamięci. Denerwuję się strasznie, ale to chyba dobre, bo inaczej bym nie była w stanie rozmawiać z ludźmi, którzy są wokół nas. No i zadzwoniłam, i się umówiłam, i zaraz po południu - w najcudowniejszy skwar słoneczny - z ks. Łukaszem podążyliśmy...znów na dzielnicę ortodoksyjną, ale taką o wiele bardziej otwartą niż ta, na której byłysmy z s. Cecylią poprzednio. potem popociłam się jeszcze trochę po angielsku w szkole, żeby dowiedzieć się, że niestety nie ma miejsca na poranny kurs (4x w tyg. do 12.00) a tylko na wieczorny, który jest raczej słabsz. Ale na szczeście zapisali mnie na listę rezerwową. Jeszcze było troche małych komplikacji, bo ja nie znam swojego nr tel. na pamięć a o niego mnie pytali, więc później znów dzwoniłam - kolejne zassanie żołądka. Niestety ja tak reaguję na stresy ;)).
Przed samymi nieszporami pojawił się u nas o. Franciszek, który przywiózł mnie z lotniska. Podszedł do mnie i pyta się: "marźniesz? bo przywiozłem Ci sweter...". Oczywiście chodziło o sweter, który zostawiłam u niego w samochodzie. A teraz to chyba pożyczył go sobie o. Antoni, bo jedzie do Polski a obawia się, że zmarźnie. Dla mnie nie ma sprawy, tylko nie wiem jak będzie wyglądał braciszek franciszkański w granatowym swetrze siostry zakonnej? Tu, w Jerozolimie może bym się aż tak nie zdziwiła, ale w Polsce? Nie ma mnie tam, to tez się nie zdziwię....

Wieczorkiem, po nieszporach wyruszyłysmy na małą wycieczkę do doliny Josafata, lub inaczej do Doliny Cedronu. Kto choć raz tu był (a wiem, że wśród czytających są tacy) rozpozna pewne miejsca na zdjęciach. Kto nie rozpozna, postaram się umieścić podpisy pod zdjęciami, które będę umieszczać w katalogu internetowym, bo jednak nie jest możliwe umieszczanie wszystkich zdjęć i filmów bezpośrednio tutaj.

Z Doliny Cedronu przeszłysmy pod Mur Zachodni (http://pl.wikipedia.org/wiki/Ściana_Płaczu).
Kiedy zobaczyłam Mur Zachodni, u nas nazywany Ścianą Płaczu, wzruszyłam się. Naprawdę... I chodzi właśnie o Mur, a nie o ludzi, którzy tam byli, tacy jak w dzielnicy ortodoksyjnej, choc nie tylko. Ten Mur...kamienie Świątyni. Jest tyle pięknych tekstów o Świątyni, o tesknocie za nią, że nie sposób się nie wzruszyć. Ta modlitwa Żydów...Do kogo się modlą, skoro są tacy zamknięci na innych? Do innego Boga? Coraz bardziej stają się mi bliscy...

Wieści z ostatnich chwil:
widziałam sie z s. Judytą.Pięknie opalona po tureckich, pawłowych wojażach...po wspólnej kolacji, słodkościach polsko-tureckich odprowadziłam ją kawałek w stronę jej miejsca zamieszkania.


29 czerwca 2009

Pierwszy poniedziałek...




bedzie we wtorek, ale kilka zdjęć wrzucam, z wycieczkina którą wybrałysmy się późnym popołudniem, a nawet wczesnym wieczorem, do Doliny Cedronu. Na wiecej dziś nie mam siły, i jutro napisze dlaczego ;)...acha, no jedna fotka z dzisiejszej Ewangelii, kiedy to przyszedł anioł i uwolnił Piotra z więzienia - znajdźcie sami, która to ;)

28 czerwca 2009

Pierwsza niedziela...



No po prostu można nie konczyc opowiadania, i waściwie nie wiem od czego zacząć.
Gotowałam dzis obiad;) Ugotowalam ziemniaki, usmażyłam filety z kurczaka...cała niesamowitość tego polega na tym, że gotowałam dla 3 osób ;). Dwa ziemniaki, dwa kawałki mięsa, to ci dopiero obiad!
Dni jak dla mnie na razie są wszystkie inne. Ucze się jakiegoś rytmu, choc tak właściwie nie wiem czy on jest.

Wyszłyśmy dziś z s.Cecylią "na miasto". Tzn. pędziłyśmy po nieszporach w stronę ortodoksyjnej dzielnicy, gdzie mieszka nasza s.Judyta....I chyba właśnie po dzisiejszym dniu przestałam się dziwić, że ona nie nosi habitu.

Jak bardzo żal mi ich. Zamknięci, smutni, kiedy o cos pytasz to od razu machają ręką, że nie odpowiedzą. Wszyscy ubrani w tym samym stylu...widzialam juz takie zjawisko - w zakonie ;).
Nie da sie opowiedziec. Są smutni, dumni, dzieci blade, kobiety takie...jakieś bez życia, ubrani zazwyczaj na ciemno.
Błądziłyśmy po drodze i naprawde zaszłyśmy w głąb dzielnicy. Jeden starszy jej mieszkaniec, przechodząc obok zrobił gest plucia "tfu,tfu", jak odczynianie uroku...Świat ich, to tak jakby oglądało się stare zdjęcia z polskich dzielnic żydowskich, z czasów wojny....straszne wrażenie. Na nasz widok (uwaga, byłam w białym habicie, bo nie zdążyłam się przebrać, zresztą nie wiedziałam, gdzie trafimy) przechodzili niektórzy na drugą stronę. Inny świat. I ucieszyłam się, że mieszkamy w dzielnicy muzułmańskiej, a jaka jest, to może uda mi się wstawić film, na którym starałam się nagrac drogę od Bramy Damasceńskiej aż do naszego domu....kolorowa, głośna, i nawet musiałysmy dziś wyjść późno wieczorem, nie bylo tak niemiło jak w ortodoksyjnej dzielnicy...tym bardziej pokochałam jednych i drugich, i jakoś chciałabym się zbliżyć do nich, ale jak? Cuda się zdarzają...Oczywiście nie miałam odwagi robic zdjęć, tylko dwa, na których jest pierwsza mapa świata, z Jerozolimą w środku. Jest ona właśnie na terenie dzielnicy ortodoksyjnej.

Troche z wczorajszych wycieczek...

Wieczernik...








27 czerwca 2009

Kolejny dzień, pełen niespodzianek...

oczywiście zanim to miasto stanie się "moim" trzeba zobaczyć wiele, poznać wiele i chyba nigdy nie kończyć tego.
Ale dziś zaczęłam dość poważnie, bo od wizyty u patriarchy łacińskiego, czyli abp Fauad Twal,
który mało, że poczęstował nas kawą,
jest naprawdę jak ojciec. Pytał czy mamy co jeść, i wogóle jak sie czujemy...brak słów. Fotki tym
razem nie zrobilam ale bedzie na pewno kiedyś, a na razie pożyczam taką, na której widac jego piękny uśmiech.
Po południu poszłyśmy znów w różne miejsca...i tak: Wieczernik, Bazylika zaśnięcia Maryi (filmy), Klasztor Zbawiciela oo.
Franciszkanów.

video video

26 czerwca 2009

Kilka moich pierwszych fotek z dziś...

Bazylika Santo Sepolcro...



pierwsza samotna wędrówka,bez zgubienia się




oj, byłoby tyle do opowiadania...każdego dnia jak na razie coś się dzieje, a jeszcze s.Cecylia mówi, żebym pisała po włosku...oj, nie wiem czy coś z tego wyjdzie, a ona nie daje sie namówić do pisania.
Uwaga, dziś odwarzyłam się na dwie a właściwie jedną samotną wędrówkę, ale dwa razy, i wcale nie dlatego, że sie zgubiłam ;)
I uwaga, bo od tej pory postaram sie umieszczać zdjęcia zrobione moją ręką. Czekam na konstruktywną krytykę i rady ;)
Pospałam sobie trochę dłużej, więc czekała mnie wędrówka do Bazyliki Bożego Grobu na Mszę.
Wychodzę z domu, patrzę... a tu żółw przed naszym domem wcina ogórki! usmiałam się, i tak umieszczam pierwszą moją fotkę.

Mszy nie było, więc zatrzymałam sie na Kalwarii...ktoś tam chciał cobym go "zaniosła", więc intencjonalnie to zrobiłam. Poznałam Marcelę, rumunkę, która jak się dowiedziała, że darzę sympatią kościół prawosławny, starała mi się wytłumaczyć, że mogę zostać mniszką ichniejszą także...eee, jakoś trudno mi było dalej z nią rozmawiać, także dlatego, że używałyśmy: włoskiego, polskiego, rumuńskiego, rosyjskiego, angielskiego, a na początku spytała mnie czy mówię po frnacusku. Oto realia Jerozolimy! Uzyskałam pogłaskanie po głowie mnicha prawosławnego ;), kiedy Marcela powiedziała mu, że lubię prawosławie. To było miłe, zwłaszcza, że cerkiew tu moskiewska....
No i udało mi się zrobić kilka fotek wewnątrz. Tylko uprzedzam, że nie robię pocztówek, tylko to co ja widzę jakoś tak po mojemu ;).

Potem nawet udalo mi sie wrocic do domu...A po poludniu s.Cecylia wyciagnela mnie na spacer po karte telefoniczna, po drodze troche zakupow, i po drodze...Brama Damasceńska, i cały rozgardiasz i chaos na straganach, gdzie można znaleźc dosłownie wszystko. Zajrzalyśmy przez Bramę Lwów na Górę Oliwną...i mnie zatkało z wrażenia. Ale nie miałam aparatu ze sobą. Potem Kościół św. Anny, Sadzawka Betesda, wczesniej jeszcze Flagellacja - gdzie s. Judyta chodzi do szkoły....
A to wszystko ot tak, bo blisko nas....

Po południu, po Adoracji, czmychnęłam znów do Bazyliki na Mszę, bo miała być o 18.00. Właśnie, nie wiedziałam, że w Bazylice Grobu Pańskiego jest inny czas. Jak u nas jest 18.00, u nich jest 17.00. Ciekawe, co? Status quo! Kończyła się właśnie Droga Krzyżowa, którą odprawiają oo.Franciszkanie co piątek. Zostałam później na Mszy, była po angielsku. Wczoraj po włosku, dziś po english, a jutro? Chyba latino... Ale życie. Ale i tak największe wrażenie robią arabowie pozdrawiając po...arabsku: marhaba, lub salam, albo: dzień dobry ;), bo jest i tak.

A na koniec co do jedzenia w domu, bo wspólnota nasza, czyli aż 3 siostry, jest jak wiadomo międzynarodowa, ale ja na razie styl włoski, co mnie osobiscie bardzo odpowiada. Choć podstawą jest tutejsza pita, ale za chlebem polskim jakoś mi nie tęskno...

I tak na jedzeniu zakonczyłam dzień kolejny w Jerozolimie...eee, niezupełnie, bo jeszcze zabawiłam się we fryzjera, ale nie zdradze kogo...

25 czerwca 2009

Niech Bóg będzie uwielbiony...



kończy sie dziś pierwszy dzień mojego pobytu w Izraelu.
Naprawdę ze strachem wylatywałam z Polski, przede wszystkim dlatego,że pierwszy raz w życiu leciałam samolotem.Sam lot mnie nie przerażał, ile wszelkie perypetie lotniskowe. A zaczeło się od przejścia przez bramkę z komórką w kieszeni. Zreszta cały ten "rytuał" przejścia mnie paraliżował. Ale przeszłam, obejrzałam się jeszcze na ekipę, która mi towarzyszyła, i szczerze mówiąc chętnie wróciłabym do nich, bo kompletnie nie wiedziałam gdzie iść dalej. Przysiadłam gdzieś na ławce, dopakowałam się i zagadałam z jedną panią lecącą do Włoch. Potem szukałam dalej. Znalazłam. Wokół mnie siedzieli sami Żydzi, przynajmniej mówli po hebrajsku. I wtedy zastanowiłam się co ja właściwie tu robię i mialam mysl o wycofaniu sie... .I nagle cała masa tych ludzi gdzieś ruszyła.Okazało się, że zmienili nam wyjście. No ale potem zagadałam z jedną panią z Polski -bardzo miłą, i bylo mi jakos raźniej, szkoda, że nie miałyśmy bliskich miejsc w samolocie.
Co jest dla mnie jak na razie najpiękniejsze w locie samolotem? Start!!!I potem lądowanie. Pan, który siedział od mojej strony przy oknie nie patrzył nawet na te cuda za oknem, ale wyglądał na takiego, co lata przynajmniej raz na miesiąc...więc sie trochę nie dziwię. Ale to wbijanie w siedzenia jest naprawdę extra.
Potem już było nudno.Wszyscy rzucili się na jedzenie. A ja jednak spałam.Bo myślałam, że z emocji nie dam rady.Cudne widoki z okna kiedy dolatywaliśmy. Jeszcze w samolocie zaczeła sie rozmowa z przemila rodzinka. Dzieki nim razniej potem stalo mi sie w kolejce do odprawy na lotnisku,ale i tak mialam stracha. Na szczescie szybko poszlo.Potem szukalam bagazu, i potem szlam juz za wszystkimi do wyjscia, gdzie na szczescie znalazl mnie Ojciec, ktory z innym jeszcze mieli mnie odebrac. Ale byly emocje.
Piekna droga z Tel Avivu do Jerozolimy, tym bardziej ze stopniowo sie rozwidnialo. Bylo miedzy 4 a 5 rano, mojego czasu oczywiscie. Wokół nas pojawiały się góry. Widok na pustynie judzką - jedyny w swoim rodzaju. Przejechalismy przez Górę Oliwną, a z niej ten niesamowity widok na Jerozolimę, ktory do tej pory widzialam jedynie na plakatach. Nie da sie tego opisac. Zjazd przeciasnymi uliczkami, za ktory wielki podziw dla o.Franciszka, ktory urzekl mnie swoja dobrocia. I udało sie wjechac na teren starej Jerozolimy przez Bramę Lwów. Tu te uliczki, jeszcze o tej porze puste naprawde mnie zaczarowały. No i chlodek w Jerozolimie bez porownania z Tel Avivem, gdzie w porównaniu z pogoda w Polsce jest ukrop.
Zajechalismy pod drzwi obiektow armeńskich, gdzie jest nasze mieszkanie i kościół, w którym modlimy sie przy IV stacji Via Dolorosa. Drzwi otworzyla s.Cecylia, wloszka, odpowiedzialna za wspolnote.
Z wrazenia nie bylam w stanie nic robic, tylko wejsc w rytm siostr, czyli po krotkim powitaniu takze z s.Nirmalą, hinduską, zaspiewałyśmy Jutrznię, potem Eucharstia - także po włosku (trzeba było przypomniec sobie dawne włoskie czasy) sprawowana w naszym Kosciele ormiańskim przez ksiedza afrykanczyka, fajnie, co? i był w białej sutannie, zeby bylo ciekawiej ;)

A potem zobaczylam to cudo w koncu na wlasne oczy, czyli Tryptyk Jerozolimski. Niech zaluje kto nie widzial ;)I zapraszam!

No i w tym miejscu juz padlam. Zjadlam co nieco, czyli pitę z jakimś rodzajem dżemu - tu zapowiada się ciekawie...i padłam. Obudził mnie zapach obiadku - pasta na zielono ;), i na drugie smażony filet z kurczaka na imbirze, zaskoczenie? Gotowała s.Nirmala, jest świetna, moim zdaniem.

Trochę się rozpakowywałam, troche, bo tylko rzeczy troche mam;). I poszłam na Adorację. Tam spotkałam o.Kazimierza - inicjatora naszej obecności tam (historia: www.tryptykjerozolimski.pl).
Wyobraźcie sobie: 10 osób na adoracji naliczyłam. Chociaż bylo to zmienna liczba, bo wychodzili- wchodzili. Miejsce naprawde szczegolne... No i oczywiscie co chwilke przez okno slyszalam spiewy polskie, juz spotkalam w Kosciele polskie pielgrzymki... .No i wolontariusze z Polski.

Adorację zakonczyliśmy wspólnymi nieszporami, po włosku, chociaż włoszka była jedna - s.Cecylia grała na psalterium, a 4 polaków i jedna hinduska ;)

Potem przyszedl czas na kolejne piekne wydarzenie tego dnia: wizyta w Bazylice Grobu Pańskiego.... zaniosłam wszystkie powierzone mi intencje. Ale była to krótka wizyta. Przyjdzie czas...jutro będę tam na Mszy.

Ulice zapełnione straganami, zaczepki sprzedawców, zapachy, odgłosy, kolory, biegające dzieci....to trzeba zobaczyć, poczuć... i uczucia strachu z lotniska juz odbiegly daleko. Ale to nie zaslepiajacy zachwyt. Potem to zamykaja, cisza jak rano, kiedy przyjechalam. Miedzy straganami widac oryginalne wejscia do budynkow, gdzie mieszkaja rodziny. Tak jak u nas, gdzie wydaje sie ze nie ma zadnego kosciola, a okna pokoju, w ktorym jestem wlasnie wychodza na piekny kamienny kosciol ormianski. Piekny, bo z kamienia, a takie bardzo lubie. I sa chlodne kiedy na dworze przypieka slonko.
Poznalam juz Aleksieja, ormianina, administratora budynkow , w których jestesmy,Iasina (nie wiem jak sie pisze to imie), prawa reke Aleksieja, ktory jest pochodzenia nie wiadomo jakiego. Potem rodzina Silwy...No i ćwiczenia angielskiego, bo oni niekoniecznie mówią po wlosku.

Zakupy w arabskim sklepie, ktory przypomina taki wiekszy supermarket wiejski w Polsce. Po drodze spotkałyśmy siostre pasterzanke z Australii, jakis franciszkanow znajomych s.Cecylii. I powrót do domu, a tu przed nami tarktor z przyczepą. Po tym widoku, na tak waskich uliczkach, obiecalam sobie zabierac aparat fotograficzy ze soba wszedzie. Zreszta po to go mam, a mam go dzięki Tomkowi, któremu bardzo dziekuję za wszelką pomoc i dzielenie sie doswiadczeniem jego pobytu w Izraelu, i za wiele innych rzeczy.....

no i juz padam, ale jakos chcialam to opisac, choc nie odda sie wszystkiego, zwlaszcza dobroci osob, poczawszy od s.Magdy, s.Asi, Emilii, wielu sióstr za wspólnoty, właśnie Tomka, o.Jakuba, i napawde wielu, ktore wiem, ze modlily sie za mnie. Naprawde ogromne podziekowania, bo czuje sie dluznikiem wszystkich bedac tu, i zapewniam o modlitwie w tych szczegolnych miejscach.

Jednoczesnie bardzo, bardzo prosze takze o modlitwe, bo bardzo jej tu potrzeba dla naszej wspolnoty, aby miec wrazliwe serce i gotowe do odczytywania natchnien Bozych. Same nic nie mozemy, jedynie z Bogiem jest mozliwe wszystko - przykladem moze byc moja obecnosc tu, ktora jeszcze mnie zadziwia.
pozdrowienia z Ziemi naszych Ojców w wierze....

21 czerwca 2009

12 czerwca 2009

Rekolekcje


czas na bycie tylko przy Nim...i z samą sobą
dużo za mną i dużo przede mną...
czas patrzenia wgłąb...

proszę o pamięć w modlitwie

wracam 20.IV

;)