5 listopada 2017

Miłość Jezusa nawet do faryzeuszy

Wczoraj, kiedy pochyliłyśmy się ze wspólnotą nad Słowem Niedzielnym - Mt 23, 1-12 - po raz kolejny doświadczyłam jak Słowo Boże działa z wielką mocą we wspólnocie. Choćby mi się nie wiem jak nie chciało iść na spotkanie Lectio Divina czy miałabym jakąś ogromną  niechęć do spotkania z kimkolwiek (no co, przecież zakonnica też człowiek!) to takie spotkanie jest zawsze uzdrawiające. Bo w centrum jest Jezus. Bo to nad Nim "pochylamy się". Więc jak ma nas nie przemieniać? Piszę nas, bo wierzę, że moje doświadczenie nie jest odosobnione i, że wielu i wiele z nas doświadczyło lenistwa, zniechęcenia czy braku sensu w podejściu do Słowa, a kiedy człowiek się przemógł (100 % dzięki łasce Bożej), to jeszcze Bóg "odpłaca" światłem, umocnieniem, pokojem (nie spokojem!) i jakąś taką przedziwną radością.
Wczoraj wyszłam z tego spotkania wspólnotowego wokół Ewangelii niedzielnej z przekonaniem jak bardzo drodzy byli Jezusowi faryzeusze. Jak bardzo Jezus walczył o nich! Już nie tylko mówiąc źle do nich o nich samych, ale przestrzegając innych przed ich negatywnym wpływem. Jak bardzo zależało Mu na poruszeniu ich serc.
Ale jedno im przyznał: mają wiedzę. Tylko nie potrafią jej zastosować.
I pozostałam z pytaniem do samej siebie: jak relacja z Jezusem, znajomość Pisma św., znajomość i doświadczenie Ziemi św. zmienia moje życie? Czy bardziej wierzę w Jezusa? Czy bardziej Go kocham?
Na pewno trochę bardziej lubię faryzeuszy.


4 kwietnia 2017

K+oś więcej...

Ktoś, za Kim chodzę już od kilkunastu lat w powołaniu, a Kto jeszcze nie przestaje mnie zaskakiwać Sobą...i życiem z Sobą.
Kim jest Jezus, że życie z Nim jest ciągłym wzrastaniem i dorastaniem? Uczeniem się samego siebie, innych, życia?
Kiedy słucham innych gdy dzielą się swoim doświadczeniem o życiu z Nim, to nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Historie, które w swoich zasadniczych wydarzeniach zawierają się w jakimś schemacie: nie znałem Go - poznałem. I życie się zmieniło.
Nie na darmo mówi Biblia, że życie wieczne to poznanie Boga (J 17,3).
I w tym poznaniu jest tajemnica jakaś, że tak trudno nam wyrazić Kim On tak naprawdę jest...

8 stycznia 2017

To ja potrzebuję..., a Ty przychodzisz...

Słowo jarad, od którego bierze swoją nazwę główna rzeka Izraela, Jordan, nie przez przypadek oznacza z hebr. schodzić, obniżać się. Oczywiście chodzi o rzekę, która bierze swój początek u stóp góry Hermon (2814 m n.p.m.), a kończy swoje życie w Morzu Martwym na wysokości 396 m poniżej poziomu morza...
Czy to tylko przypadek?
Jan Chrzciciel wypowiada znane słowa: "I trzeba, aby On wzrastał, ja natomiast abym się umniejszał" J 3, 30.
Dziś, podczas wspomnienia Chrztu Jezusa nad Jordanem, czyli Jego już kolejnego spotkania ze swoim krewnym, Janem, czytamy takie słowa: "To ja powinienem przyjąć chrzest od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?" Mt 3, 14.
Zupełna zmiana logiki ludzkiego myślenia.
Tak bardzo myślimy o tym, co powinniśmy robić. Co inni powinni robić. To drugie jeszcze lepiej nam wychodzi. I Jan wiedział jaka jest Jego powinność. Czy możemy świętego Jana posądzić o brak pokory, skoro jasno w Ewangelii Jana czytamy jego słowa o umniejszaniu się wobec Jezusa?
Ale to co pisze Jan ewangelista ma miejsce już po chrzcie Jezusa.
Tak, Jan wiedział jaka jest Jego powinność. Ale także i on w tym momencie patrzy na rzeczywistość przez pryzmat własnej osoby. On wie co powinien. A Jezus przychodzi do niego i zajmuje miejsce tego "ja". I tu objawia się wielkość Jana, że nie upiera się przy swoim, ale przyjmuje to, o co prosi go Pan Jezus.
Zatrzymała mnie sama konstrukcja tego prostego zdania jakie wypowiedział Jan:
To ja powinienem przyjąć chrzest od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?  
To ja - to moje ja jest na pierwszym miejscu. Potem pojawia się od Ciebie co dla mnie oznacza Dawcę, Tego, który jest tak wielki wobec człowieka, że nawet go na sobie nie zatrzymuje, bo człowiek i tak nie pojmie wielkości Boga. Bóg jest w relacji wobec człowieka. Jest nieustannym dawaniem.
Bóg jest w centrum tego zdania jakie wypowiada Jan. I stawiając Go w centrum, Jan otrzymuje ogromny dar: Bóg przychodzi do niego po chrzest. Tak, właśnie podkreśla tę tożsamość św. Jana Chrzciciela, jest misję, bo jest ona darem Boga.
Ja-od Ciebie, Ty-do mnie?
Najprawdziwsza relacja jaka istnieje między Bogiem a człowiekiem.
Jezus wie, co Jan powinien i w momencie kiedy Jan oddaje Mu to swoje poczucie powinności, otrzymuje to, co naprawdę Bóg dla niego przewidział.
Stąd Jan już później powie:"Człowiek nie może posiadać niczego, czego wpierw nie otrzymał z nieba". J 3, 27


26 września 2016

Dziecko

Nigdy wcześniej nie widziałam tak tego fragmentu Ewangelii Łukasza jak zobaczyłam ją dziś. Dziewiąty rozdział, wersety od 46 do 50.
Uczniowie zastanawiali się kto z nich jest większy. Zadałam sobie pytanie: co ich skłoniło do tego? Co wydarzyło się wcześniej? Wcześniej boją się pytać Jezusa o znaczenie Jego słów dotyczących  Jego Męki. Boją się. Czyli są słabi. Może między sobą mówili: "idź ty spytaj, przecież jesteś Piotr, a ON wciąż podkreśla, że jesteś ważny". Brzmieć to mogło trochę z ironią. Przecież widzieli wiele razy zachowanie Piotra. Może mówili synowie Zebedeusza, że matka załatwi im miejsce przy Jezusie więc pewnie i tak nic im sie nie stanie...Może po prostu nie rozumieli, bo przecież i Jan widział, jak Jezus był przy Mojżeszu i Eliaszu...więc jak mógłby być wydany w ręce ludzi. Nie wiadomo.
Może nasze własne lęki związane z Jezusem mogą nam podpowiedzieć, dlaczego po odczuciu strachu zastanawiają się kto z nich jest największy. Może my sami, "ludzie Kościoła", także szukamy naszej wielkości, bo nie dochodzi do nas każde słowo Jezusa, także i to o męce.
I jak w każdym rozważaniu moje oczy spoglądają na Jezusa. ON, znając ich myśli, stawia przy sobie dziecko. Jest małe. A wśród nich żaden nie chce być mały. A Jezus jakby chciał im powiedzieć: "nie bój sie być małym, słabym, potrzebującym, dzieckiem". Dlaczego? Bo Jezus utożsamia się z kimś małym, słabym, potrzebującym. Z kimś, kto w naszych oczach nie jest wiele wart. Oni boją się pytać GO o Jego słowa, a ON ich nie osądza, nie krytykuje, nie ocenia. Pokazuje im jeszcze raz prawdziwego siebie. Gdyby był taki jak oni nie wydałby się w ręce ludzi. A ON wydał się w ręce ludzi, ale ludzie GO nie chcą. A już na pewno takiego GO nie chcą.
Każdy przyjęty w imię Jezusa ma wielką wartość. Taki człowiek staje się wielkim.

25 września 2016

Przysłona

Mija dokładnie pół roku od ostatniego wpisu. I właśnie uzmysłowiłam sobie, że jeśli kolejny wpis zacznę w ten sposób: mija ...to będzie to blog siedmiomilowych kroków! I będzie nudny. Ale to nic. Jakoś nie piszę, żeby było ciekawie, bo już wiele razy zaskoczyło mnie co może ludzi interesować w tym co napiszę. Piszę to, czym chciałabym się podzielić.
Oj tak, nagromadziło się tego pod sercem i na pewno nie da się wszystkiego przelać tutaj.
Czas, który upływa w moim życiu mierzę coraz częściej spotkaniami z ludźmi. To największe bogactwo jakie Bóg mógł nam przygotować na ziemi. Spotkanie z drugim człowiekiem.
Jak wiele dzieje się w naszym życiu za przyczyną innych. Czy są to zdarzenia trudne, bolesne, czy też radosne, podnoszące na duchu, głębokie, intymne, powierzchowne - są dla mnie jakby poznawaniem Boga, który w każdym z nas odbił swój obraz miłości.
Wakacyjny wschód słońca
Dziś usłyszałam relację z kazania niedzielnego jednego kapłana. Porównał życie nasze do robienia zdjęć aparatem lustrzanym. Nasze życie to czas wykonywania zdjęcia, a my sterujemy przysłoną, która dopuszcza światło do naszego życia. Moment śmierci, to moment robienia zdjęcia. Po naszej śmierci utrwala się to, co było naszym życiem. To dziś widać w historii o Łazarzu i bogaczu, opowiedzianej przez Jezusa (Łk 16, 19-31). Może gdyby bogacz uchylił chociaż drzwi i podał Łazarzowi choćby okruchy ze swego stołu, może tyle światła wystarczyłoby aby "zdjęcie jego życia" nabrało ostrości.
Czas mija. Zauważam zmiany w sobie, w moim życiu, w życiu innych, bliskich mi osób. Coraz bardziej za mną snują się opowieści jak to było kiedyś. Wokół coraz więcej młodych osób. Czasu przede mną coraz mniej. Patrząc na moją babcię, która liczy już ponad 90 lat, może i mnie przyjdzie się zmierzyć z trochę dłuższą starością. Na szczęście nie mnie o tym decydować.
Ale to co za mną jest wielkim Bożym darem. Jakbym napełniała się mądrością życia właśnie dzięki spotkaniom z ludźmi. To wielka łaska. Nie wiem na ile wpuszczam światła w moje życie, a na ile jeszcze go nie wpuszczam, ale już to, co widzę, rodzi we mnie wielką wdzięczność.

Myślałam nad tym blogiem...To słowo SHALOM jest słowem bardzo bogatym w treść. To nie tylko słowo pozdrowienia na Ziemi Świętej. Moje doświadczenie pisania bloga to doświadczenie przemyślenia wielu spraw kilka razy, rozważania ich, układania we właściwe słowa i w ten sposób porządkowania mnie samej. Kompletowanie. Szukanie pokoju w samej sobie...
I w ten sposób dojrzałam sens kontynuowania pisania tu.


26 marca 2016

Apostolstwo modlitwy przed Najśw. Sakramentem w int. pokoju na świecie

Myślę, że jest wiele osób, które szczególnie modlą się o pokój na świecie. Kilka dobrych lat temu powstał ołtarz zwany Tryptykiem Jerozolimskim, aby służyć w Jerozolimie przy IV stacji tym, którzy tam zatrzymają się na modlitwę przed Najśw. Sakramentem. A modlitwa ta miała właśnie szczególnie obejmować świat wypraszając pokój. Do tej pory powstało już wiele miejsc gdzie Stowarzyszenie Królowej Pokoju pozostawiło ślad swojej działalności właśnie w postaci monstrancji czy ołtarzy, w których czci się Jezusa Eucharystycznego. O tym można poczytać bezpośrednio na stronie Communita Regina della Pace.
To piękne dzieło apostolskie zostało wyróżnione w jeszcze jeden niesamowity sposób. Otóż kolejny ołtarz, który przeznaczony jest do Rwandy, będzie "uczestniczył" w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie. To piękne dzieło jest w trakcie realizacji i na pewno potrzebuje wsparcia modlitewnego.
Można o tym przeczytać tu: http://www.krakow2016.com/12-gwiazd-w-koronie-krolowej-pokoju

10 marca 2016

W Betlejem, gdzie Jezus zawsze był adorowany

Kilka dni temu powróciłam z kolejnego wyjazdu z grupą do Ziemi św. Co dzień prawie dowiaduję się z mediów izraelskich, ale także od moich przyjaciół z Ziemi św., że wciąż mają miejsce napaści na ludzi. Ale przyznam szczerze, że oprócz większej ilości wojska czy policji, nie zauważyłam żadnych sytuacji zagrożenia czy niebezpieczeństw podczas naszego podróżowania. Gdyby faktycznie było stałe zagrożenie to pewnie grupy pielgrzymów nie byłyby w ogóle wpuszczane do Izraela.
Wiadomo, niektórych wypadków nie da się przewidzieć. Ale tak małej ilości pielgrzymów w Ziemi św. to ja jeszcze nie widziałam. Podczas ferii zimowych podobno było zatrzęsienie Polaków. Teraz i Polaków nie widać było prawie wcale. Oczywiście my na tym skorzystaliśmy o tyle, że nie trzeba było stać w kolejkach do Grobu Jezusa czy do Groty Narodzenia. Ale te pustki dla mnie są jednak  przygnębiające...a tym bardziej dla mieszkańców Ziemi św.
Podczas naszego pielgrzymowania spotkałam przyjaciół z Polski, pana Mariusza Drapikowskiego i pana Piotra Ciołkiewicza, którzy ze swoimi pracownikami i przyjaciółmi z Polski przewozili właśnie Tryptyk Jerozolimski do Betlejem. Niestety historia tego szczególnego ołtarza, pierwszego z 12 jakie mają powstać, jest dość skomplikowana. Wstawiony był w 2009 roku do Kościoła Ormian Katolików w Jerozolimie, gdzie rozpoczęła sie Adoracja w int. pokoju w Ziemi św. i na świecie. Niestety, ołtarz ten został zamknięty już jakiś czas temu, stąd została podjęta decyzja o przeniesieniu go tam, gdzie będzie służył do Adoracji Najśw. Sakramentu.
W Betlejem, w Grocie Mlecznej, już od kilku lat (od 2007 r.) modlą się przed Najśw. Sakramentem dzień i noc wystawionym uroczyście, Siostry Wieczyste Adoratorki od Najśw. Sakramentu. I tam właśnie, do swojej kaplicy, która w ciągu dnia jest także udostępniona dla pielgrzymów, siostry przyjęły Tryptyk Jerozolimski.
Jak to powiedział o. Bernard, benedyktyn z Syjonu: Jezus w Betlejem zawsze był adorowany, a w Jerozolimie prześladowany i skazany na śmierć.
Także niech nie będą zaskoczeni ci, którzy nie znajdą już ołtarza pana Mariusza Drapikowskiego w Jerozolimie przy IV stacji, bo jest on w Betlejem, w Grocie Mlecznej...