27 listopada 2014

Wspomnienie...

http://www.tomontheroof.com/blog/jerozolima/
Na Erec Israel znalazłam notkę o Druzach i ich stylu życia w Izraelu. Jest to bardzo oryginalny naród. Na jednej z pielgrzymek byliśmy z grupą w restauracji druzyjskiej, ale niestety byliśmy nieco rozczarowani menu jakie tam się pojawiło, bo restauracja była ewidentnie nastawiona na zarobek a nie na podzielenie się kulturą Druzów z pielgrzymami. No cóż, trzeba tam mieszkać, żeby nie ryzykować takich "atrakcji" i poznać miejsca naprawdę oddające klimat miejscowości i ludzi tam mieszkających.
Chciałam bardziej nawiązać do chleba, który możemy zobaczyć na filmie. Widocznie występuje on w  kilku kulturach, bo znałam go jako lawasz, chleb ormiański. Można kupić go w sklepach w Starej Jerozolimie, już gotowy, zapakowany, ale nie jest tak smakowity jak ten przygotowany tak jak widać na filmie. Kiedyś wracając do domu w Jerozolimie było zimno i późno. Schodząc uliczką od Bramy Damasceńskiej w miejscu gdzie jest zazwyczaj piekarnia otwarta w ciągu dnia, stał oryginalny piec. Taki przypominający beczkę metalową z wybrzuszoną pokrywą. Jak to określają na filmie, jak wok do góry nogami. W środku znajdowała się butla z gazem i z palnikiem umieszczonym bezpośrednio pod pokrywą. I dwóch młodych Arabów przygotowywało takie małe jakby bułeczki z ciasta, następnie podrzucali do góry w obrotach jak kucharze przygotowujący pizzę a potem rozciągali ciasto na poduszce, tak jak ta druzyjska kobieta na filmie. Z tą różnicą, że ich poduszka nie była taka ładna. Była brudna, z boków wychodziła jakby watolina jaką była napełniona. Ale mnie to nie zniechęciło do spróbowania tego oryginalnego chleba. Chłopaki robili to o wiele szybciej i smarowali  lawasz nutellą lub czymś w rodzaju miodu. Coś wspaniałego! Niby takie placki w jakich można zjeść shoarmę i w Polsce ale jednak tak prosto z ulicy w Jerozolimie smakuje to o wiele inaczej!

26 listopada 2014

No naprawdę wstyd!

Ano wstyd. Dziś dowiaduję się od jednego ze współbraci (tak, jestem w żeńskim zakonie, a mam współbraci! ale o tym poniżej;), że na jakimś szkoleniu było moje zdjęcie jako siostry prowadzącej blog'a (pisze się "blog" czy "bloga"?). A to takie prowadzenie, że wstyd! Jak rzadziej niż raz na miesiąc jest wpis…
Paradoksalnie pisanie pomaga na uporządkowanie tego co się wcześniej przemyślało… i to pisząc zdaję sobie sprawę, że częstotliwość mojego pisania wskazuje na to jak rzadko przemyśliwuję…
Coś w tym jest. Jak jest się odpowiedzialną za wspólnotę to człowiek żyje pędzącą codziennością (choć nie jest to warszawska wspólnota;) spraw dotyczących 22 sióstr! Niemało!

Dziś jest dobra okazja odświeżyć co nieco o Rodzinie, do której należę, z racji wspomnienia śmierci naszego Założyciela, bł Jakuba Alberionego. Jakby nie było mój blog istnieje dzięki niemu. Jakby nie było ks. Jakuba Alberionego, nie byłoby Rodziny Św. Pawła, nie byłoby Uczennic Boskiego Mistrza i nie byłoby mnie. Nie wiem co by było, ale dobrze jest jak jest :).

Dziś zatrzymując się nad liturgią w naszej Rodzinie zakonnej przygotowanej na to wspomnienie rozważałam J 14, 1-14 gdzie Jezus między innymi mówi o sobie, że jest drogą. A w Biblii Paulistów jest taki odnośnik do Hbr 10, 20: "On nam zapoczątkował drogę nową i żywą, przez zasłonę, to jest przez ciało swoje"  (wg Tysiąclatki) lub w tłumaczeniu Paulińskiej Biblii: "On otworzył dla nas nową, życiodajną drogę, przez zasłonę, którą jest Jego ciało".
I kiedy szukałam jakiegoś komentarza naszego Założyciela do tych fragmentów otworzyłam jedną z medytacji  z nowo wydanej książki (to nie jest tylko reklama, ale przede wszystkim reklama!!! Bo książkę bardzo polecam każdemu kto szuka usystematyzowanej medytacji w stylu ignacjańskim) "Krótkie medytacje" Jakub Alberione oczywiście Wydawnictwo Edycja św. Pawła.
Medytacja, mówiąca o Bogu-Synu, czyli o Jezusie. Alberione bardzo jasno pisze: "Ludzkość, która w Adamie popełniła grzech, zasługiwała na to, aby znaleźć się w stanie, w który z własnej woli popadała". I przyszła mi myśl, jak wiele razy, kiedy dzieje mi się coś złego, nie chodzi o zło ogólne, ale jakieś przykre sytuacje, niezrozumienia i milion różnych rzeczy, szukam mimochodem w sobie przyczyny, gdzie nawaliłam, gdzie była jakaś moja wina tego, że teraz jest mi ciężko…i kiedy ją znajduję, myślę, no tak, to mi się należy. Zasłużyłam na to. Albo, to co może łatwiej przychodzi, może szybciej, zobaczyć ten sam mechanizm na innych. Ktoś czegoś nie zrobił, dlaczego ma być doceniony, dlaczego ma otrzymać tyle, co inni, którzy pracowali…taka jest przecież sprawiedliwość. Nawet są przypowieści, niedawno przypominane w liturgii, o talentach, o minach, czy ta o niemądrych pannach.
Tak myśli człowiek.
"Ale Syn Boży powiedział do Ojca: Ecce, mite me: oto ja, poślij mnie (Iz 6, 8)" jak pisze w kolejnym zdaniu ks. Alberione. "Jednorodzony Syn za sprawą Ducha Świętego przyjął ludzkie ciało; stał się dzieckiem Maryi; prowadził najświętsze życie pełne trudu i bólu; poprzez swoje nauczanie i przykład wskazał ludziom drogę prowadzącą do Nieba; założył Kościół, ustanowił kapłaństwo, sakramenty; cierpiał i umarł na krzyżu za nasze grzechy; na nowo otworzył Niebo; zmartwychwstał, wstąpił do Nieba i zesłał Kościołowi Ducha Świętego."
Jezus patrzy na mnie i nie widzi co zrobiłam. Widzi, ale udaje, że nie widzi. Przychodzi do mnie.
Może nie udaje, ale nie mówi o tym co widzi. Jak ten chłopak w filmie "Mary's Land" który roznosił obraz Maryi i Jezusa prostytutkom na ulicach, i zapytany dlaczego nie mówi im, że to co robią jest złe, odpowiedział, że przecież one o tym wiedzą, każdy im o tym mówi, ale nikt im nie mówi o Jezusie i Jego miłości.
To trudne uwierzyć, że Jezus tak na nas patrzy.
Myślę o mojej małej jeszcze bratanicy. Rozrabia, krzyczy, przeszkadza, a potem jakby nigdy nic przyjdzie i się przytuli.
Alberione dalej napisał: "Ci, którzy przyjęli wcielonego Syna Bożego, przez działanie Ducha Świętego dostąpili łaski zostania dziećmi Bożymi". Odkrywam, że Jezus widzi moje grzechy i nie krzyczy, kiedy wydarzy się coś trudnego nie mówi: to dlatego, że zgrzeszyłaś. On czeka aż przyjdę się przytulić.
Ale to nie koniec.
Alberione pyta: "Kto przyjmuje Syna Bożego?". Czy tak łatwo ze świadomością moich słabości przyjść do Jezusa jak moja bratanica i przytulic się?
Ile razy ona usłyszy: nie zasłużyłaś na to, nie zasłużyłaś na tamto, bo nie byłaś grzeczna, bo nie słuchałaś…I tak dorastaliśmy i my.
Ale nie tak mówi Jezus. On wskazuje na Siebie samego. Chce przede wszystkim aby Mu zaufać, aby Go naśladować…
Nie będę pisała wszystkiego co napisał Alberione. Niech was zaciekawi ta książka.
Ale przytoczę jeszcze mały fragment: "Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą co czynią (Łk 23, 24) i nie przestawaj rozciągać swoje ramiona nad ludźmi, do których kierujesz piękne zaproszenie: Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście. Ja dam wam wytchnienie (Mt 11, 28)

Oj, ten nasz Założyciel…niby znany, a wciąż odkrywam go na nowo.
Polecam naszą nową stronę:http://pddm.pl