24 stycznia 2010

Coś spoza Izraela


Z kanalizacji wydobyto co najmniej 150 zwłok
Zniszczenia po walkach religijnych w Nigerii
PAP
Co najmniej 150 zwłok ofiar starć na tle religijnym wydobyto z kanalizacji we wsi Kuru Karama, niedaleko miasta Jos w środkowej Nigerii - podały w sobotę nigeryjskie władze lokalne.
Choć nie ma żadnych oficjalnych danych, bilans trwających cały tydzień walk między chrześcijanami a muzułmanami najprawdopodobniej przekroczy liczbę 400 zabitych.

Duchowieństwo i służby bezpieczeństwa mówią, że do środy - a więc jeszcze przed odkryciem zwłok w Kuru Karama - naliczono 288 ofiar śmiertelnych. W czwartek Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża oszacował liczbę zabitych na 160, a uciekinierów - na 18 000.

Starcia wybuchły w zeszłą niedzielę w Jos, gdzie ich zarzewiem stał się spór o ziemię między muzułmaninem a chrześcijaninem. Wkrótce konflikt przeniósł się na prowincję.

Władze federalne w środę wprowadziły do Jos wojsko. Tymczasowo ogłoszono godzinę policyjną. Poza miastem walki jednak trwały.

Organizacja obrony praw człowieka Human Rights Watch (HRW) w swym raporcie podała, że w środę uzbrojeni sprawcy otoczyli zamieszkaną w większości przez muzułmanów wieś Kuru Karama i dokonali rzezi w domach i meczetach. Wieś później podpalili.

HRW zażądała od wiceprezydenta Goodlucka Jonathana natychmiastowego śledztwa. Wiceprezydent obiecał schwytanie sprawców zbrodni.

Lokalni korespondenci podkreślają w swych relacjach, że wciąż wyczuwa się napięcie.

Jos, stolica stanu Plateau, znajduje się na granicy zdominowanego przez chrześcijan południa i zamieszkanej przez muzułmanów północy.

Podobne walki na tle wyznaniowym w Jos wybuchły już w 2008 roku; wówczas - według różnych źródeł - zginęło w nich od 300 do 700 osób.

Z codzienności...

A u nas cały czas trwa wizytacja.
Tzn. przemieszcza się trochę, bo wczoraj były siostry w Galilei.
Przyjechały do nas s.M.Gabriella G. i s.M. Micaela M. w środę.I zostaną do środy. Było już jedno nasze wspólne spotkanie, bo Adoracja jest priorytetem więc za wiele czasu nie ma na dłuższe spotkania.

Ale miejmy nadzieję, że owoce tych "małych" spotkań nie będą małe.

22 stycznia 2010

Autostrada niezgody


Jazda drogą łączącą Jerozolimę i Tel Awiw to jak podróż przez historię izraelsko-palestyńskiego konfliktu

Dla Palestyńczyków szosa  numer 443 stała się symbolem izraelskiego apartheidu, który zmusza ich do podróżowania osobnymi drogami, życia w odrębnych miastach i chowania się za wysokimi murami. Od maja ta czteropasmowa autostrada ma być otwarta dla wszystkich.
Jazda drogą łączącą Jerozolimę i Tel Awiw to jak podróż przez historię izraelsko-palestyńskiego konfliktu. Na wzgórzach po jednej stronie autostrady widać zbudowane niedawno izraelskie osiedla, po drugiej - ośrodek zatrzymań dla palestyńskich więźniów. Po obu stronach drogi rozwieszono plakaty protestujące przeciwko orzeczeniu izraelskiego sądu, zgodnie z którym od maja autostrada  443 na Zachodnim Brzegu Jordanu zostanie otwarta dla Palestyńczyków.

Autostrada nr 443, fot. AFP


Dla wielu podróż autostradą rozpoczyna się od izraelskiego posterunku Kalandia, który znajduje się w miejscu uważanym przez Izrael za najbardziej wysunięty na północ kraniec Jerozolimy. Dla Palestyńczyków i międzynarodowych obserwatorów to już część Zachodniego Brzegu Jordanu.

Dostępu do autostrady 443 strzeże wzniesione przez Izrael ogrodzenie o wysokości ponad sześciu metrów, które potem przechodzi w korytarz ze ścianami z betonu i cegieł. Część ścian pokrywają murale: namalowane przez artystów graffiti przedstawia idylliczny świat z błękitnym niebem i zielonymi łąkami. Izraelczycy twierdzą, że betonowy korytarz chroni kierowców przez snajperami. Palestyńczycy mówią, że ściany wzniesiono, żeby kierowcy nie musieli patrzeć na ich wioski, znajdujące się tuż przy drodze.

Początków tej drogi można szukać jeszcze w czasach starożytnych, ale w znaczący sposób rozbudowano ją dopiero w latach 80. minionego wieku. Palestyńczycy, którym zabrano ziemie pod budowę autostrady, złożyli wówczas skargę do Sądu Najwyższego. Sędziowie orzekli, że konfiskata ziemi była zgodna z prawem, ponieważ autostrada ułatwi życie Palestyńczykom zamieszkującym wioski na wzgórzach ciągnących się wzdłuż drogi. Przez lata rzeczywiście tak było: tysiące Palestyńczyków codziennie korzystało z autostrady 443, żeby dojechać do Ramallah i innych miast na Zachodnim Brzegu.

Dziś mogą sobie jedynie popatrzeć na dobrze utrzymaną drogę z okolicznych wzgórz. Prawo zabrania im nawet chodzenia po poboczu autostrady. Z drogi numer 443 korzystają głównie okoliczni izraelscy osadnicy oraz ci, którzy podczas codziennych dojazdów do pracy skracają sobie podróż z Jerozolimy do Tel Awiwu właśnie przez Zachodni Brzeg.

W roku 2000 i 2002 na pierwszych kilometrach autostrady doszło do kilku ataków przeciwko Izraelczykom. W sumie zginęło pięć osób. W 2000 roku grad kul spadł na auto 30-letniego instruktora jazdy Eliego Cohena. Choć obrażenia były bardzo poważne, kierowca zdołał doprowadzić samochód do najbliższego osiedla. Tam dopiero stracił przytomność i zmarł.

W 2002 roku podjęto decyzję o zamknięciu autostrady dla Palestyńczyków. I chociaż od tego czasu na drodze nie doszło do żadnego śmiertelnego wypadku, zagrożenie nie minęło. Prawie codziennie młodzi ludzie obrzucają kamieniami przejeżdżające samochody. Niedawno izraelska policja podała do wiadomości, że na poboczu drogi znaleziono ukryty ładunek wybuchowy.

Pamięć o ofiarach sprawia, że Izraelczycy ostro sprzeciwiają się ponownemu otwarciu drogi dla Palestyńczyków. Twierdzą, że jazda autostradą 443 zamieni się w rosyjską ruletkę. Kilka dni po wydaniu orzeczenia wzdłuż drogi pojawiły się plakaty skierowane przeciwko prezes Sądu Najwyższego Izraela, Dorit Beinisch. "Drogi kierowco, uważaj! Beinisch zagraża twojemu życiu na drodze 443!" - głoszą hasła na plakatach.

Kiedy minie się osiedla izraelskich osadników i towarzyszące im plakaty, nietrudno zauważyć, że coś jest nie tak: większość zjazdów z autostrady 443 jest zablokowana. Chociaż przy drodze nadal stoją drogowskazy w języku arabskim, kierujące kierowców do palestyńskich wiosek, zjazdy zastawione są betonowymi blokami, zamknięte metalowymi bramami, albo po prostu zasypane śmieciami. Żeby dostać się do swoich domów, Palestyńczycy muszą korzystać z innych dróg, które prowadzą przez okoliczne wzgórza.

Sąd Najwyższy Izraela posłużył się argumentem, że całkowity zakaz korzystania z drogi przez Palestyńczyków nie ma już wpływu na stan bezpieczeństwa Izraelczyków. Możliwe, że decyzja ta miała pomóc w zbudowaniu mostu pomiędzy tymi dwoma światami, ale na razie wywołała tylko falę emocji. Izraelczycy obawiają się, że otwarcie drogi doprowadzi do wznowienia ataków terrorystycznych. W społeczeństwie, które cały czas doświadcza zamachów bombowych, takie obawy są uzasadnione.

Z kolei dla Palestyńczyków autostrada 443 stała się symbolem izraelskiego apartheidu, który zmusza ich do podróżowania osobnymi drogami, życia w odrębnych miastach i chowania się za wysokimi murami.

Gideon Levy, felietonista izraelskiej gazety "Haaretz", pisze, że spór o autostradę  skłania do refleksji, jak Izrael zamierza zachować równowagę pomiędzy bezpieczeństwem i demokracją. Jako kierowca, Levy stara się bojkotować autostradę i woli stać w korkach na okolicznych drogach. Jednak czasami, nie bez poczucia winy, wybiera szybszą 443. "Jadę - pisze - i płaczę".
http://wiadomosci.onet.pl/1594919,2678,1,autostrada_niezgody,kioskart.html

19 stycznia 2010

Bieżące sprawy

No niestety miałam nadzieję, że szybciej pojawi się kolejna część opowiadania o Sylwestrowych wojażach. Codzienność jednak jest jaka jest. Tzn. mniej osób na adoracji (chodzi o te stałe) a co za tym idzie - większe zaangażowanie z naszej strony, w tym mniej czasu na hebrajski, a co za tym idzie - mniejsza nadzieja na przejscie na kolejny poziom...w sumie chyba przydałby mi się odpoczynek, i mam nadzieję, że tak będzie. Bo od lipca 2009 cały czas, z małymi przerwami, szkoła hebrajskiego. A i tak nie mam za bardzo okazji do używania tego języka. A co za tym idzie...chęci mniej ;).

Wszelkie dni świąteczne przebiegły spokojnie. Epifania świętowana dwukrotnie, raz w naszym Kościele a drugi też w naszym ;). Czyli najpierw u Ormian - Katolików, a potem tylko u Katolików.

W międzyczasie była piękna kolacja u nas z Egzarchą i naszymi księżmi, którzy są nam jakoś tak bliscy. Mogłoby być więcej osób - to tak żeby nie czuł się ktoś urażony - ale z różnych powodów zaprosiłyśmy tyle osób. No jeden był bardzo prozaiczny - brak krzeseł! Ale i tak byśmy sobie jakoś poradzili. Proszę sobie wyobrazić, że autorem głównej części kolacji był sam Egzarcha. Wypraktykowałyśmy już jego zdolności kulinarne, bowiem co jakiś czas staje przed naszymi drzwiami a to z brytfanką jakiegoś dobrego mięsnego dania, a to z jakimś deserem, dość oryginalnym.


Już jutro spodziewamy sie przylotu naszych dwóch sióstr z Rzymu, s. Micaeli i s. Gabrielli, które będą z nami przez tydzień w ramach wizytacji. No, no, ja sie tylko zastanawiam jak im tu będzie ;). Bo jest kilka trudności do pokonania, dla nas już obytych, prawie niezauważalnych - no może z wyjątkiem lodowatej wody, bo nie sposób nie zauważyć jak cierpną mi co rano zęby ;).
Oczywiście otrzymały to samo ostrzeżenie co ja od s.Cecylii, żeby zabrać nie ślizgające się buty.



A dziś poznalam wolontariuszkę, Weronikę, z Lublina, która spędzi z nami w Bibliotece trochę czasu, bo zostanie do kwietnia.
Tak ciekawie patrzeć jak ktoś stawia piersze kroki w Jerozolimie...jak mam to za sobą, to wydaje się śmieszne, jak mogłam nie móc trafić od nas z domu do Bazyliki Zmartwychwstania. Stąd nie śmieję się z nikogo, kto mógłby mieć podobne problemy...

U nas pada deszcz, zaczęło się pięknymi burzami, i mam nadzieję, że taka pogoda trochę się utrzyma. Zaopatrzyłyśmy się  z s.Cecylią w odpowiednie butki na taką pogodę, więc mogę śmiało pomykać po zalanych strumieniami wody ulicach. No chyb, że przydarzy się tak, jak ostatnio, że zaskoczyła mnie burza gdy wracałam ze szkoły. Ale nie było tak źle. Potem zasypiałam w szumie deszczu i grzmotów.

Z takich spraw jeszcze na bieżąco, to muszę przyznać, że Pan nas zaskakuje co chwila. Właśnie wczoraj zgłosiły się dwie panie na Adorację, że obejmą jedną godzinę przez kilka dni w tygodniu. Co ciekawe, to osoby stąd. Jedna jest ormianką, a druga arabką i nawet nie mieszka w Jerozolimie, ale poza. Zatrzymuje się już od jakiegoś czasu na Adoracji po pracy, ale ostatnio zagadnęłam, czy nie zechciałaby objąć tej godziny i zapisywać się...a tu pech, bo pani mówiła tylko po arabsku i francusku. Ale jakoś zrozumiałam, że jej syn mówi po włosku i angielsku. Napisałam więc po angielsku na kartce o co mi chodzi. A ona, zamiast synowi, pokazała koleżance w pracy i tym sposobem zyskałyśmy dwie panie, bo koleżanka zobowiązała się zastąpić gdy pani Yannette nie bedzie mogła. Już nie wspomnę..albo wspomnę, że niektórzy księża okazują jakąś wzmożoną gorliwość i wspomagają nas baaaardzo w kontynuowaniu Adoracji. To są cuda! (myślę, że może Rok Kapłański robi swoje).

I tak...czeka nas kilka dni naruszonego porządku dnia w związku z wizytacją, a wcześniej mnie jutrzejszy egzamin z hebrajskiego :(

Wiadomość z ostatniej chwili: nie jem kurczaków pod żadną postacią na pewno przynajmniej dwa miesiące,
bo dzis po prostu, po kolacji zaserwowanej nam przez naszego Yasina, mam juz DOŚĆ! No, to bylo dość mile zaskoczenie, kiedy zaprosił nas na kolację przygotowaną przez jego żonę. Potem przyznał, że przygotowywali ja oboje. Oczywiście to rodzina muzułmańska.
A było wszystko takie dobre! No pomijam, że na pierwsze danie był nasz krupnik, a potem kurczak na takim specjalnym chlebie posmarowanym smażoną cebulką. Ale to już chyba piąty dzień jak jem kurczaka pieczonego...dość.  Tylko ciekawi mnie, że oni prawie do wszystkiego dodają jogurt. Miałam też szansę na przypomnienie sobie rosyjskiego, bo dołączyła do nas para Ormian, a u nich drugim językiem jest rosyjski, więc tak lawirowałam między angielskim, włoskim i rosyjskim, jak... z łupieżą (kto wie o co chodzi, to zrozumie). My jedliśmy, a wokół nas szalal Yasin ze swoją najmłodszą córką Miriam ;)



5th Element feat.All Artists- Quo Vadis


Plakat na Służewie u OO.Dominikanów, autor Mariusz Skowroński OP

17 stycznia 2010

Na niedzielne rozważanie (ściągnięte, bo chciałam się podzielić)


Stągwie... czekające na wodę i cud


Dzisiaj się Kościół złączył z Chrystusem, swoim Oblubieńcem, który go z grzechów obmył w Jordanie; biegną mędrcy z darami na królewskie gody, a woda przemieniona w wino cieszy biesiadników, alleluja. (Antyfona doBenedictus z Uroczystości Objawienia)

Chwałą Boga, żyjący człowiek (św. Ireneusz, II w.)


Wówczas gdy nasze oczy były czyste jak południe, nasze izby 
Przepełniły się radością uczty w Kanie:
Bo przyszedł Jezus i Jego uczniowie, i Jego Matka,
A po nich śpiewacy
I inni ze skrzypcami.
Wówczas, gdy nasze umysły były Galilejami,
I czystymi jak niebiosa nasze twarze,
Nasze proste izby zaczarowało słońce.
Nasze myśli wstępowały i uchodziły w szatach bielszych niż szaty apostołów,
W przepełnionych izbach Kany, u stołów Kany.
I nie baliśmy się chyba, że wina zabraknie:
Bo ujrzeliśmy nasze gliniane naczynia w szeregu,
Gotowe, puste, czekające na wodę i cud.
Jakież wino te skromne dzbany mogły zapowiadać!
Wino dla tych, którzy, schyleni ku zbrukanej ziemi,
Bali się, od czasu przecudnego raju, ognia słońca,
Ledwie mamrocząc w swych wyschniętych ustach jedyną modlitwę.
Wino dla starego Adama, który kopie w swym cierniowym znoju!
Kana, Thomas Merton

Ciągnący się pobyt w szpitalu sprawił, że w końcu nie brakowało mi czasu… nie brakowało na rzecz najistotniejszą, najważniejszą, na modlitwę. Nagle wiele rzeczy, o które tak bardzo się zabiega okazują się nie aż tak konieczne. Przez 36 dni, bez pośpiechu, bez obawy, że tyle jeszcze mam do zrobienia, mogłem modlić się całym różańcem - modlitwą szczególnej obecności i wstawiennictwa Maryi. Cztery części różańca były jak cztery kolumny podtrzymujące każdy kolejny mój dzień, wyznaczały rytm dnia, czuwały nad moimi myślami, uczuciami. I tak przy każdorazowym odmawianiu drugiej tajemnicy światła, towarzyszyło mi wyraźne natchnienie, jak te, które musiało pojawić się w sercu Maryi w Kanie: bądź pełen wiary, zaufaj. Skoro Chrystus nie poskąpił swej mocy przemieniając wodę w wino, to... http://dominikanie.pl/maciej_biskup_op.php?y=Styczeń%202010

12 stycznia 2010

MODLITWA O POKOJ

http://www.adorazione.org/home.html

coś na naukowo-wesoło

Oceńcie sami...nowy rodzaj prześladowań chrześcijan


Brytyjska ustawa o równouprawnieniu dyskryminująca chrześcijan

11.01.2010

Jeśli Izba Lordów nie zablokuje ustawy o równouprawnieniu, katolicy padną ofiarą nietolerancji, jakiej nie widzieli w Wielkiej Brytanii od XVIII w. – czytamy w artykule redakcyjnym Daily Telegraph. 11 stycznia w wyższej izbie brytyjskiego parlamentu wznowiono dyskusję nad kontrowersyjnym prawem, które w imię walki z dyskryminacją uniemożliwi Kościołowi katolickiemu niedopuszczanie do kapłaństwa żonatych mężczyzn, kobiet czy homoseksualistów. Tak przynajmniej wynika z kolejnej ekspertyzy prawnej wykonanej tym razem przez kancelarię John Bowers QC na zlecenie organizacji charytatywnej CARE. Ekspertyza wykazała również, że chrześcijańskie organizacje dobroczynne nie będą mogły wymagać od swych pracowników, a nawet kierownictwa, respektowania określonych norm moralnych czy religijnych. Zdaniem CARE doprowadzi to do zaniku religijnych organizacji dobroczynnych, które koordynują w tym kraju pracę licznych wolontariuszy. A to z kolei najdotkliwiej odczują potrzebujący – czytamy w przygotowanym na ten temat raporcie.


Pomysłodawczyni ustawy o równouprawnieniu, Harriet Harman, wiceprzewodnicząca Partii Pracy, doprowadziła już w 2007 r. do zamknięcia katolickich ośrodków adopcyjnych, ponieważ nie godziły się one na pośredniczenie w adopcji dla homoseksualistów. Zdaniem dziennika Daily Telegraph Harriet Harman nie jest w stanie zrozumieć jednej z najbardziej podstawowych zasad liberalnego społeczeństwa, a mianowicie tolerancji. Wymaga ona pogodzenia się z tym, że inni ludzie mają prawo kształtować swoje życie i instytucje zgodnie ze swymi religijnymi przekonaniami, nawet jeśli wydawałyby się nam one nierozsądne czy dyskryminacyjne. Z tego też względu londyński dziennik apeluje do brytyjskich parlamentarzystów, by wykazali się całkowitym brakiem tolerancji dla rządowego projektu ustawy o równouprawnieniu.


(rv/aw, © Radio Vaticana 2010) http://www.opoka.org.pl/aktualnosci/news.php?s=opoka&id=31532

Polecam do lektury książkę: http://www.poczytaj.pl/43753


9 stycznia 2010

Nowy Rok - zupełnie NOWY cz.I

Taa, łatwo powiedzieć: napisz!
No weź napisz, jak to wszystko jakieś takie...niepoukładane.
Zaczął się Nowy Rok. Już czwarty raz ;) jak dla mnie.
Najpierw Rosz Haszana - z Żydami, potem Adwent, czyli nasz Nowy Rok Liturgiczny, a potem zaczął się Nowy Rok dla muzułmanów, wśród których, jakby nie było, żyję na codzień.

No, ale w końcu przyszedł czas na zmianę w naszym kalendarzu gregoriańskim.
Hm, nie wiedziałam jak spędzić ten czas, ale było gdzieś we mnie pragnienie żeby nie być tu, gdzie jestem - dla zdrowia psychicznego ;). No i jedna osoba (no dobra - x.P.Ż. - niech się ucieszy, że to on) podał propozycję Synaju. Ja nie śmiałam nawet podchwytywać tematu, ale..., ale pragnienie sie obudziło. No i przedstawiłam je, Komu trzeba.
Były pertraktacje, namowy, odmowy i ugody - i zapadła decyzja, że w kilka osób wybierzemy się na Synaj. Potem, dzięki baaaardzo fajnemu zmysłowi organizacji x.A.K. program poszerzył się o kolejne atrakcje (no pewnie miał też w tym udział x.P.P. ;)
To, co mnie spotkało przeszło moje najśmielsze oczekiwania. I to pod każdym względem.
 I tak, w środę po pracy zapakowałam plecak, jedzonko, pożegnałam sie z s.Nirmalą, której miałam już nie zastać we wspólnocie po powrocie, i wyruszyłam na spotkanie z resztą osób do Nowego Domu Polskiego. Potem szybko na dworzec autobusowy, skąd mieliśmy jechać do Ejlatu (http://pl.wikipedia.org/wiki/Ejlat).
I proszę sobie wyobrazić, że nagle, już na dworcu, po przejściu przez ciasne bramki (rzeczywistość Jerozolimy mnie rozbraja pod tym względem sprawdzania toreb przed wejściem do sklepów, banków, barów, itd. I to przechodzenie przez wszelkie bramki - uroki tutejszego świata), docieramy do wyjścia a mnie się coś telepie przy prawym bucie.  A miałam buty górskie na nogach, żeby zmniejszyć sobie wagę plecaka, a oprócz tych butów zabrałam jeszcze ze sobą rzemykowe jerozolimskie sandały. No i czuje, że coś mi sie przyczepiło do buta. Starałam się sie to odczepić, ale jakoś nie dawałam rady, a śpieszyłam sie na ten autobus. Zatrzymałam się w końcu i zobaczyłam, że ... odpadła mi podeszwa Vibram w prawym bucie. Stopa wprawdzie nie wychodziła jeszcze z buta ale ta nikła warstwa jakiejś pianki ścierała się już tylko pod dotknięciem palca. I co? A bilety na autobus w ręce. No chyba nie zdarzyło mi się mieć aż tak wiele nadziei jak w tym momencie, że cuda sie zdarzają. Nawet tak naprawdę niewiele myślałam jak będzie, po prostu wsiadłam do samochodu. Odkleiłam tylko wcześniej całkowicie tę warstwę Vibram i wyrzuciłam do kosza na dworcu. Inni jeszcze sugerowali możliwość przyklejenia, ale nie byłoby nawet do czego. Spojrzałam na drugiego, o dwa centymetry wyższego buta czy tam sie coś nie odkleja, ale niestety, druga trzymała się całkiem dobrze. Miałam jeszcze nadzieje, że z czyjąś pomocą uda sie ją oderwać, ale uparła się. No i czułam nierówność. Były takie osoby, co mówiły że i tak w górach tego nie będę czuła. A ja już z przerażeniem myślałam, czy w ogóle ten prawy but dotrwa do gór. Za późno było na kupienie czegokolwiek, i jakoś nie wierzyłam że będzie aż tak ciepło żebym była w stanie założyć sandały, a już na pewno nie w górach.
No i ruszyliśmy. Niestety było to wieczorem, i droga upłynęła w ciemnościach, ale na szczęście nie całkowitych. Choć ominęły mnie piękne widoki, to jednak blask księżyca odbijającego się w tafli Morza Martwego to widok niezapomniany. Zajechaliśmy do Ejlatu, gdzie zostaliśmy przyjęci przez przemiłe osoby na nocleg. Ja po dziennej bieganinie z plecakiem z przyjemnością skorzystałam z wzięcia kąpieli, ale nie kwapili sie do tego wszyscy (pomijam tych co woleli jeszcze kąpiel w morzu ;). A jaka nas niespodzianka spotkała rano, kiedy stwierdziliśmy po obudzeniu sie, że nie ma światła i wody w mieszkaniu. No cóż. Jak nie miałam szczęścia z butami to chociaż z wodą ;) Wskoczyłam  w sandałki, bo Ejlat przywitał nas rano miła temperaturą (przypominam 31 grudnia!).
Ok. 6.30 ruszyliśmy taksówką do granicy z Egiptem. A tam same atrakcje. A to "miłe" panie po stronie Izraela, a to jeszcze "milsi" panowie po stronie Egipskiej. I jakieś karteczki do wypełniania, i pieniążki na wymianę. Przyznam się szczerze, że nie wiedziałam, że moneta w Egipcie to funt. No ale najważniejsze, że znaleźliśmy kawę (jaka była, taka była, ale była) i łazienkę! No iiii te cudne gór! Tego opisać sie nie da. To trzeba zobaczyć, wiec odsyłam do galerii, tam jest wszystko, tylko trzeba się uzbroić w cierpliwość bo zdjęć ogrom (http://picasaweb.google.com/shalom.miriam.pd/Egipt20092010#). A po przejściu granicy inny świat. Straszyli mnie, że brudno, że inaczej niż u Żydów….No inaczej, ale mnie się spodobało bardzo. Zaczęło sie targowanie z arabami co do przejazdu do klasztoru Św. Katarzyny (http://pl.wikipedia.org/wiki/Klasztor_świętej_Katarzyny) pod Górą Synaj.  (http://pl.wikipedia.org/wiki/Klasztor_świętej_Katarzyny), (http://pl.wikipedia.org/wiki/Synaj_(półwysep) )
Też cała atrakcja. A to jeden przystaje na cenę, prowadzi nas do samochodu, spisuje n-ry paszportów. Odchodzi, przychodzi drugi. Pytamy, kiedy odjazd, bo zależy nam na czasie, żeby dotrzeć tak, by móc wejść do klasztoru i zwiedzić. No odpowiada, że za chwile, że już. I odchodzi. My plecaki mamy już w samochodzie. Mija kilka minut i nic sie nie zmienia. Zabieramy plecaki, idziemy na autobus. Krzyczą za nami. Wracamy. Ładujemy plecaki, wsiadamy, zapalają silnik. I nic. Wysiadamy. Przybiega znów ktoś inny. Prowadzi nas do innego samochodu. Wsiadamy, plecaki załadowane, wsiada kierowca, podjeżdża pod jakiś budynek i wysiada. I co? Teraz ile czasu? Ale wraca za chwilę i ruszamy. A jeszcze do tego zapewnia, że na g. 9.30 będziemy przy klasztorze. Cud! Jak dla mnie przynajmniej, bo tam jest...właśnie,  ale o tym później. No i piękne pejzaże, góry i pustynia, a po lewej stronie Morze Czerwone. Pierwszy raz w życiu widzę takie widoki. http://www.youtube.com/user/Symimir Oby nie ostatni. Modlimy się sie Liturgią Godzin. Wspólnie. Niepowtarzalne doświadczenie w takich warunkach. Ja rozpraszam innych robieniem zdjęć. Ale i tak serca się nie uchwycić. Żadnych samochodów prawie. Żadnych budynków, oprócz jakiś ośrodków wypoczynkowych nad morzem, często zaniedbanych, opuszczonych. Po drugiej strony wielbłądy, stada kóz, namioty Beduinów. I co jakiś czas punkty kontrolne.
Docieramy. Po drodze mijamy miejsce gdzie Izrael zbudował sobie cielca nie mogąc się doczekać na Mojżesza. Bieli się w oddali nieduży budynek. Po drodze „zaparkowane” wielbłądy, sprzedawcy kolorowych kamieni. Duuuużo turystów. Ale to nic. Odpoczywamy chwilkę i idziemy zwiedzać. Najpierw widzimy krzew, podobno ten Mojżeszowy. Potem idziemy do muzeum. I tam...Popłakałam się. Nie wiedziałam, że ikona Jezusa jest tam w muzeum. Myślałam, że jest w kościele. Jest jak żywy....i nie mogłam oderwać oczu. Czułam, że właściwie mogę już nie iść dalej. Nie dałam rady zwiedzać. Dużo myśli, uczuć.... wyszłam zapłakana obiecując sobie, że tu wrócę.

Szykujemy sie powoli do wyjścia w góry, żeby zejść zaraz po zachodzie słońca bo tam podobno zimno. Wybieramy trudniejszą trasę, tzw. Drogę pokutników. A ja oczywiście w moich wybrakowanych butach...Ale widoki nieziemskie, i...w ogóle brak słów.

c.d.n.