26 maja 2011

Paschalne wspomnienia-stare,ale aktualne

Miałam napisać o Niedzieli Palmowej, i choć to już było dawno to może jednak warto jakoś przemknąć przez minione dni Wielkiego Tygodnia. Tym bardziej, że upłynął tak niesamowicie szybko!
Niedziela Palmowa w tym roku była inna. To była moja druga Niedziela Palmowa spędzona w Jerozolimie. Rok temu w tym czasie kończyła się u nas wizyta Matki Generalnej i uczestniczyłam w celebracji ormiańskiej, muszę przyznać, że bardzo oryginalnej, a potem odwieźliśmy Generalną do Tel Avivu na lotnisko i w drodze powrotnej odwiedziliśmy klasztor franciszkański w Ein Karem na pustyni. Miejsce nieprzeciętne. Ale to było rok temu.
Tego roku wybrałam się na przepiękną celebrację do Bazyliki Bożego Grobu, gdzie czerwony kolor ornatów i zieleń palm ożywiało niesamowicie ciemną od dymu świec Bazylikę...widok jedyny w swoim rodzaju.
Palmy leżały przygotowane w przedsionku Grobu...po poświęceniu ich Patriarcha wręczał każdemu po palmie rozpoczynając od kapłanów. Nie starczyło dla wszystkich gałązek palmowych i część osób otrzymywało gałązki z drzewa oliwnego. Miałam to szczęście dostać tak duża gałązkę palmy, że ledwo ją utrzymywałam w pionie, ale jak się potem okazało, nie pobiłam rekordu wielkości - siostra Cecylia w drodze do Betfage zgarnęła jeszcze większą. Ja swoją wymieniłam na mniejszą i nadal leży w moim pokoju...
   Miałam już nie kontynuować tego posta, ale czas wielkanocny trwa i o pewnych łaskach chciałabym wspomnieć choćby dla samej siebie. W końcu to mój blog ;).
Cały Wielki Tydzień był wielki.Ten czas stał się dla mnie takim jedynym w swoim rodzaju przeżywaniem z Jezusem przygotowania do Paschy. W Wielki Poniedziałek Msza w V stacji...upadek Jezusa.Wielki Wtorek, Środa... Wieli Czwartek-Msza Krzyżma połączona z Mszą Ostatniej Wieczerzy.Ogromy rwetes w Bazylice Bożego Grobu. Niektórzy wychodzili wcześniej, nie dawali rady modlić się w takich warunkach. Najgłośniejsi są zazwyczaj Koptowie, choć jest ich najmniej, ale sposób ich modlitwy zagłusza wszystko inne. Czasem tylko nasze organy gdzieś się tam wyłaniały.
Ok. 15.00 procesyjnie przeszliśmy z Klasztoru Św. Zbawiciela, zwanego na co dzień San Salvatore, na Syjon do Wieczernika. Tam czytanie ewangelii w kilku językach i obmycie nóg dwunastu chłopcom przez Kustosza Ziemi Św. Gorąco, tłum, ale jednak modlitewnie.
Wieczorem ok. 20.00 wyjście do Getsemani na modlitewne czuwanie w miejscu bardzo szczególnym, tam gdzie Jezus modlił się przed Męką. Można opisywać wieloma słowami, ale kiedy w sprawowaniu liturgii podkreśla się słowo "tu", wtedy ogarnia człowieka zdumienie. Jestem w tym samym miejscu. Nieważne czy dwa czy dwadzieścia metrów stąd to było...I po liturgii przejście Doliną Cedronu do Gallicantu, czyli miejsca upamiętniającego zaparcie się Piotra.
Jakie doświadczenie?
Samotności. Byłam w tych miejscach, w większości z nich, sama, tzn. bez wspólnoty.
Wielki Piątek...tak, było wiele modlitwy. Ale jak wcześniej rozmawiałam z franciszkanami, ten tydzień w Jerozolimie właśnie tak wygląda. Zostawia się wszystko inne i większość czasu spędza się w miejscach świętych. W zeszłym roku próbowałam dzielić ten czas na liturgię w naszym Kościele Ormiańskim, ale to była strata czasu. W tym roku "zamknęłam" się w Kustodii. I także to, że praktycznie na każdej liturgii spotyka się to samo grono osób daje odczucie wspólnoty modlitewnej...
Wielki Piątek zaczął się wcześnie rano przy Kościele Biczowania gdzie jest pierwsza stacja Via Dolorosa. Była grupa Polaków, i jeszcze pustymi ulicami przeszliśmy z modlitwą aż do Kalwarii, na plac Koptów, bo już do samej Bazyliki Bożego Grobu nie udało się wejść. Obok nas przebiegali Żydzi krzycząc coś dość głośno.
Po Drodze Krzyżowej przeszłam z s.Agnieszką, która na czas świąt przyjechała do nas, na plac przed Bazyliką Bożego Grobu żeby cierpliwie czekać na możliwość wejścia na Kalwarię, gdzie miała być sprawowana Liturgia Męki Pańskiej. Udało się i tym razem, ale muszę przyznać, że jest to przeżycie dla ludzi wielkiej wiary (ale sobie pochlebiam). Po prostu ludzie tłoczą się niemiłosiernie i wydaje się wprost niemożliwe żeby dostać się na Kalwarię. Ale jak już zobaczyłam rok temu, że jednak jest to możliwe, to w tym roku bardzo świadomie trwałam cierpliwie. Sama uroczystość jedyna w swoim rodzaju bo w jedynym takim miejscu. Ale będąc tu naprawdę można doświadczyć, że wiara ma tę moc uobecnić te misteria w każdym miejscu. Że Kościół w ten czas łączy się w jedno, tak jak w każdym sprawowaniu Eucharystii. Myślałam o mojej rodzinie, siostrach, przyjaciołach. Tam wszyscy byliśmy razem. Potem, pomimo tłumów na ulicach, bo Stara Jerozolima tego dnia zamienia się w jedną wielka Drogę Krzyżową, dotarłam do domu. Potem była szczególna cisza. Byłam na liturgii ormiańskiej, z trzema Ormianami i resztą nie wiadomo skąd. Żal, ogromny żal jak ten Kościół jest martwy.
Po liturgii weszła do kościoła grupa Rosjan prawosławnych....rozpłakałam się jak usłyszałam ich śpiew i zobaczyłam jak klękają przed figurą Jezusa, jak Go całują i modlą się...Po drodze do Bazyliki Bożego Grobu na "pogrzeb" Jezusa zaszłyśmy z s.Agnieszką do Kościoła św.Aleksandra, kościoła Prawosławnego. Na środku stał srebrny sarkofag, z ikoną Jezusa złożonego do grobu.Tzn. ikona była na sarkofagu i jak się nad nim nachyliło to jakby widziało się Jezusa złożonego w nim. Cały w kwiatach. Sarkofag stał pod szklaną skrzynia, która pachniała olejkami i kadzidłem.
Liturgia pogrzebowa jest dla mnie jedną z najpiękniejszych z Wielkiego Tygodnia.Jak tylko się uda zamieszczę filmy żeby choć trochę zobaczyć jak to wygląda.Tu można zobaczyć, choć niezbyt dobrej jakości i sprzed kilku lat:http://www.youtube.com/watch?v=aVhFgJ9C7lM
Po całej liturgii olej jaki jest wylewany na figurę Jezusa rozlewa się uczestnikom i także zioła, jakie Kustosz rozsypał na skale namaszczenia.
Wielka Sobota - stare miasto zamknięte. To kolejna rzecz, jaka mnie zdumiewa. Mieszkam w mieście, które można zamknąć. Wprawdzie nie wszystkie bramy murów mają drzwi, ale stoją przy nich żołnierze i tego dnia nie wpuszczają na teren starego miasta. Czemu? Tak do końca nie wiem, ale podejrzewam, że z powodu już i tak wielkiego tłumu oczekującego na cud ognia. To cud, na który czekają przede wszystkim prawosławni. Nie uczestniczyłam w tym (jeszcze?), i nie bedę tu przepisywała tego co można znaleźć na ten temat z internecie, np. tu:http://www.holyfire.org/file/Polish_Cud_Ognia.htm
Niestety w Sobotę celebracja Wigilii Paschalnej w Bazylice Bożego Grobu odbywa się o g.6.30 rano. To jest cud Statu Quo ;). Nie miałam odwagi jeszcze w tym roku uczestniczyć w niej, ale myślę, że na przyszły już to zrobię. Ja w tym roku, tak jak w zeszłym zresztą, liturgię paschalną przeżywałam z siostrami Elżbietankami w Nowym Domu Polskim. Potem, także jak w zeszłym roku, z tą tylko różnicą, że nie byłam sama, poszłam an liturgię Św. Marii Magdaleny, po której wszyscy składali sobie życzenia...A już myślałam, że się na nią nie dostanę, bo całe Stare Miasto pełne było Etiopów. Widok jedyny w swoim rodzaju.
W Niedzielę Zmartwychwstania, przyznam się, że nie tylko z pobożnych powodów, poszłam na Rezurekcję do Starego Domu Polskiego. Po prostu było tam pyszne wielkanocne śniadanie i wyborowe towarzystwo polaków. Atmosfera okraszana była wspomnieniami niezastąpionego ks.Zibiego ( jak to czytasz to pozdrawiam!!!) z wielkanocnych przygód np. z paschałami.
Potem wybrałam się do ...no właśnie, no jak nie można wybrać sie do Bazyliki Zmartwychwstania w taki dzień?? Liturgia była dłuuuga i piękna! Od 10.00 praktycznie, bo każde wejście Kustosza czy patriarchy jest tu już celebracją. A skończyła... po 13.00!Ale...tego nie da się opisać. Wszyscy wokół zmęczeni, niewyspani po nocnych czuwaniach....ale zmartwychwstali!
Wieczorem nie dałam rady tak po prostu zostać w domu, i poszłam na miejsce upamiętniające spotkanie Jezusa z Marią Magdaleną. W Bazylice było prawie cicho i prawie pusto. Nie ma co liczyć tych już stałych bywalców. Weszłam do wnętrza grobu...
Potem poszłam na wprost ołtarza Marii Magdaleny i prosiłam ją, żeby mi wyprosiła łaskę spotkania z Jezusem Zmartwychwstałym.
I wyprosiła.
Minął miesiąc, a wiele się zmieniło. Naprawdę wiele...


17 maja 2011

O niczym.

Najgorzej jak na bloga ma się zbyt wielkie ambicje i jak człowiek nie ma nic do powiedzenia, to mu głupio.
No nie ma. Taki czas.Coś zaczęłam pisać w brudnopisie, bo nie udało się skończyć, ale raczej nic z tego nie będzie...Nie lubię pisać na brudno, szkoda czasu. I potem takie mało żywe to.
A jeszcze mnie zniechęca do pisania to, że niektórzy potem chcą czegoś więcej pisanego ode mnie, a ja się nie nadaję do tego. Podstawowy powód: nie znoszę pisania "po coś". Jak piszę, to piszę bo chcę...egoistka!
Dużo pracy, dużo zajęć różnych. Wolontariat adoracyjny nabiera tempa niespodziewanego. Cud! Móc dzielić się z innymi modlitwą, Obecnością. Przeraża mnie to. Ale to nie oddaje rzeczywistości. To przerażenie jakieś takie doświadczenie czegoś co przerasta oczekiwania. A trudności nie mniej. Ale Pan Zmartwychwstał - jakoś doświadczam tego w tym roku bardziej niż kiedykolwiek.
I u nas nadal chłodno-dziwne.

1 maja 2011

Dziś wszystko idzie na dalszy plan...Jan Paweł II BŁOGOSŁAWIONYM !

Dziś mam wiele okazji do dziękczynienia.
Niedziela Miłosierdzia Bożego...piąta rocznica moich ślubów wieczystych...ale wszystko to nic.
Beatyfikacja Jana Pawła II.
Kiedy ustalałam datę wstąpienia do zakonu bardzo chciałam żeby to był 16 października. Ale nie miałam cierpliwości czekać do października i wstąpiłam 16 lipca. Jak się później okazało, w święto Maryi z Góry Karmel. Przez długi czas podczas formacji miałam ogromny plakat Papieża nad moim łóżkiem, a znajomym z różnych okazji podarowywałam oprawiony obraz Jana Pawła II. Moja miłość do Naszego Papieża narodziła się we mnie w 1987 roku, kiedy odwiedził też Lublin. Ubrana cała na biało (do tej pory pamiętam sklep, w którym kupiłam sandały na tę okazję, oczywiście też białe), z żółtą wstążką we włosach, stałam wśród innych dzieci na Placu Katedralnym w Lublinie i czekałam. No i się doczekałam. Przechodził obok, i podawał nam rękę. Mnie też. Kiedy wróciłam do domu płakałam bardzo długo z radości. Myślę, że wtedy nagromadziło się we mnie tyle napięcia i emocji, że musiało znaleźć potem ujście w tym płaczu.

Następne moje spotkanie to Jasna Góra. Ale jedynie z daleka, stałam na placu pod Jasną Górą, już jako siostra zakonna. Pobłogosławił wtedy mój, jak i wiele innych, różaniec, którego niestety tu w Jerozolimie nie noszę przy habicie.
I kolejne spotkanie, na beatyfikacji naszego Ojca Założyciela, Jakuba Alberione, w Rzymie w 2003 roku. Śpiewałam wtedy w chórze, i byłam w ten sposób dość blisko. Wydawało się, że nasze spojrzenia się skrzyżowały na moment kiedy już odjeżdżał z Placu Św. Piotra. Może się tylko wydawało.
I ostatnie, rok 2004, Plac Św. Piotra, ostatnia celebrowana przez niego Msza Niedzieli Palmowej. Wtedy Joseph Ratzinger przeszedł tak blisko, i odkryłam, że nie jest tak wysoki jak mi się zdawało.
Wiele jest jeszcze innych wspomnień...moich, nie moich, osób, które znały go z bliska a które dane było mi poznać, spotkać...
Dziś nie mogę oglądać transmisji z beatyfikacji, niestety taki jest mój rozkład dnia, ale może to i nawet dobrze...za bardzo się wzruszam.
Ale obiecałam sobie, że na kanonizacji będę i ja!