26 czerwca 2009

pierwsza samotna wędrówka,bez zgubienia się




oj, byłoby tyle do opowiadania...każdego dnia jak na razie coś się dzieje, a jeszcze s.Cecylia mówi, żebym pisała po włosku...oj, nie wiem czy coś z tego wyjdzie, a ona nie daje sie namówić do pisania.
Uwaga, dziś odwarzyłam się na dwie a właściwie jedną samotną wędrówkę, ale dwa razy, i wcale nie dlatego, że sie zgubiłam ;)
I uwaga, bo od tej pory postaram sie umieszczać zdjęcia zrobione moją ręką. Czekam na konstruktywną krytykę i rady ;)
Pospałam sobie trochę dłużej, więc czekała mnie wędrówka do Bazyliki Bożego Grobu na Mszę.
Wychodzę z domu, patrzę... a tu żółw przed naszym domem wcina ogórki! usmiałam się, i tak umieszczam pierwszą moją fotkę.

Mszy nie było, więc zatrzymałam sie na Kalwarii...ktoś tam chciał cobym go "zaniosła", więc intencjonalnie to zrobiłam. Poznałam Marcelę, rumunkę, która jak się dowiedziała, że darzę sympatią kościół prawosławny, starała mi się wytłumaczyć, że mogę zostać mniszką ichniejszą także...eee, jakoś trudno mi było dalej z nią rozmawiać, także dlatego, że używałyśmy: włoskiego, polskiego, rumuńskiego, rosyjskiego, angielskiego, a na początku spytała mnie czy mówię po frnacusku. Oto realia Jerozolimy! Uzyskałam pogłaskanie po głowie mnicha prawosławnego ;), kiedy Marcela powiedziała mu, że lubię prawosławie. To było miłe, zwłaszcza, że cerkiew tu moskiewska....
No i udało mi się zrobić kilka fotek wewnątrz. Tylko uprzedzam, że nie robię pocztówek, tylko to co ja widzę jakoś tak po mojemu ;).

Potem nawet udalo mi sie wrocic do domu...A po poludniu s.Cecylia wyciagnela mnie na spacer po karte telefoniczna, po drodze troche zakupow, i po drodze...Brama Damasceńska, i cały rozgardiasz i chaos na straganach, gdzie można znaleźc dosłownie wszystko. Zajrzalyśmy przez Bramę Lwów na Górę Oliwną...i mnie zatkało z wrażenia. Ale nie miałam aparatu ze sobą. Potem Kościół św. Anny, Sadzawka Betesda, wczesniej jeszcze Flagellacja - gdzie s. Judyta chodzi do szkoły....
A to wszystko ot tak, bo blisko nas....

Po południu, po Adoracji, czmychnęłam znów do Bazyliki na Mszę, bo miała być o 18.00. Właśnie, nie wiedziałam, że w Bazylice Grobu Pańskiego jest inny czas. Jak u nas jest 18.00, u nich jest 17.00. Ciekawe, co? Status quo! Kończyła się właśnie Droga Krzyżowa, którą odprawiają oo.Franciszkanie co piątek. Zostałam później na Mszy, była po angielsku. Wczoraj po włosku, dziś po english, a jutro? Chyba latino... Ale życie. Ale i tak największe wrażenie robią arabowie pozdrawiając po...arabsku: marhaba, lub salam, albo: dzień dobry ;), bo jest i tak.

A na koniec co do jedzenia w domu, bo wspólnota nasza, czyli aż 3 siostry, jest jak wiadomo międzynarodowa, ale ja na razie styl włoski, co mnie osobiscie bardzo odpowiada. Choć podstawą jest tutejsza pita, ale za chlebem polskim jakoś mi nie tęskno...

I tak na jedzeniu zakonczyłam dzień kolejny w Jerozolimie...eee, niezupełnie, bo jeszcze zabawiłam się we fryzjera, ale nie zdradze kogo...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz