9 stycznia 2010

Nowy Rok - zupełnie NOWY cz.I

Taa, łatwo powiedzieć: napisz!
No weź napisz, jak to wszystko jakieś takie...niepoukładane.
Zaczął się Nowy Rok. Już czwarty raz ;) jak dla mnie.
Najpierw Rosz Haszana - z Żydami, potem Adwent, czyli nasz Nowy Rok Liturgiczny, a potem zaczął się Nowy Rok dla muzułmanów, wśród których, jakby nie było, żyję na codzień.

No, ale w końcu przyszedł czas na zmianę w naszym kalendarzu gregoriańskim.
Hm, nie wiedziałam jak spędzić ten czas, ale było gdzieś we mnie pragnienie żeby nie być tu, gdzie jestem - dla zdrowia psychicznego ;). No i jedna osoba (no dobra - x.P.Ż. - niech się ucieszy, że to on) podał propozycję Synaju. Ja nie śmiałam nawet podchwytywać tematu, ale..., ale pragnienie sie obudziło. No i przedstawiłam je, Komu trzeba.
Były pertraktacje, namowy, odmowy i ugody - i zapadła decyzja, że w kilka osób wybierzemy się na Synaj. Potem, dzięki baaaardzo fajnemu zmysłowi organizacji x.A.K. program poszerzył się o kolejne atrakcje (no pewnie miał też w tym udział x.P.P. ;)
To, co mnie spotkało przeszło moje najśmielsze oczekiwania. I to pod każdym względem.
 I tak, w środę po pracy zapakowałam plecak, jedzonko, pożegnałam sie z s.Nirmalą, której miałam już nie zastać we wspólnocie po powrocie, i wyruszyłam na spotkanie z resztą osób do Nowego Domu Polskiego. Potem szybko na dworzec autobusowy, skąd mieliśmy jechać do Ejlatu (http://pl.wikipedia.org/wiki/Ejlat).
I proszę sobie wyobrazić, że nagle, już na dworcu, po przejściu przez ciasne bramki (rzeczywistość Jerozolimy mnie rozbraja pod tym względem sprawdzania toreb przed wejściem do sklepów, banków, barów, itd. I to przechodzenie przez wszelkie bramki - uroki tutejszego świata), docieramy do wyjścia a mnie się coś telepie przy prawym bucie.  A miałam buty górskie na nogach, żeby zmniejszyć sobie wagę plecaka, a oprócz tych butów zabrałam jeszcze ze sobą rzemykowe jerozolimskie sandały. No i czuje, że coś mi sie przyczepiło do buta. Starałam się sie to odczepić, ale jakoś nie dawałam rady, a śpieszyłam sie na ten autobus. Zatrzymałam się w końcu i zobaczyłam, że ... odpadła mi podeszwa Vibram w prawym bucie. Stopa wprawdzie nie wychodziła jeszcze z buta ale ta nikła warstwa jakiejś pianki ścierała się już tylko pod dotknięciem palca. I co? A bilety na autobus w ręce. No chyba nie zdarzyło mi się mieć aż tak wiele nadziei jak w tym momencie, że cuda sie zdarzają. Nawet tak naprawdę niewiele myślałam jak będzie, po prostu wsiadłam do samochodu. Odkleiłam tylko wcześniej całkowicie tę warstwę Vibram i wyrzuciłam do kosza na dworcu. Inni jeszcze sugerowali możliwość przyklejenia, ale nie byłoby nawet do czego. Spojrzałam na drugiego, o dwa centymetry wyższego buta czy tam sie coś nie odkleja, ale niestety, druga trzymała się całkiem dobrze. Miałam jeszcze nadzieje, że z czyjąś pomocą uda sie ją oderwać, ale uparła się. No i czułam nierówność. Były takie osoby, co mówiły że i tak w górach tego nie będę czuła. A ja już z przerażeniem myślałam, czy w ogóle ten prawy but dotrwa do gór. Za późno było na kupienie czegokolwiek, i jakoś nie wierzyłam że będzie aż tak ciepło żebym była w stanie założyć sandały, a już na pewno nie w górach.
No i ruszyliśmy. Niestety było to wieczorem, i droga upłynęła w ciemnościach, ale na szczęście nie całkowitych. Choć ominęły mnie piękne widoki, to jednak blask księżyca odbijającego się w tafli Morza Martwego to widok niezapomniany. Zajechaliśmy do Ejlatu, gdzie zostaliśmy przyjęci przez przemiłe osoby na nocleg. Ja po dziennej bieganinie z plecakiem z przyjemnością skorzystałam z wzięcia kąpieli, ale nie kwapili sie do tego wszyscy (pomijam tych co woleli jeszcze kąpiel w morzu ;). A jaka nas niespodzianka spotkała rano, kiedy stwierdziliśmy po obudzeniu sie, że nie ma światła i wody w mieszkaniu. No cóż. Jak nie miałam szczęścia z butami to chociaż z wodą ;) Wskoczyłam  w sandałki, bo Ejlat przywitał nas rano miła temperaturą (przypominam 31 grudnia!).
Ok. 6.30 ruszyliśmy taksówką do granicy z Egiptem. A tam same atrakcje. A to "miłe" panie po stronie Izraela, a to jeszcze "milsi" panowie po stronie Egipskiej. I jakieś karteczki do wypełniania, i pieniążki na wymianę. Przyznam się szczerze, że nie wiedziałam, że moneta w Egipcie to funt. No ale najważniejsze, że znaleźliśmy kawę (jaka była, taka była, ale była) i łazienkę! No iiii te cudne gór! Tego opisać sie nie da. To trzeba zobaczyć, wiec odsyłam do galerii, tam jest wszystko, tylko trzeba się uzbroić w cierpliwość bo zdjęć ogrom (http://picasaweb.google.com/shalom.miriam.pd/Egipt20092010#). A po przejściu granicy inny świat. Straszyli mnie, że brudno, że inaczej niż u Żydów….No inaczej, ale mnie się spodobało bardzo. Zaczęło sie targowanie z arabami co do przejazdu do klasztoru Św. Katarzyny (http://pl.wikipedia.org/wiki/Klasztor_świętej_Katarzyny) pod Górą Synaj.  (http://pl.wikipedia.org/wiki/Klasztor_świętej_Katarzyny), (http://pl.wikipedia.org/wiki/Synaj_(półwysep) )
Też cała atrakcja. A to jeden przystaje na cenę, prowadzi nas do samochodu, spisuje n-ry paszportów. Odchodzi, przychodzi drugi. Pytamy, kiedy odjazd, bo zależy nam na czasie, żeby dotrzeć tak, by móc wejść do klasztoru i zwiedzić. No odpowiada, że za chwile, że już. I odchodzi. My plecaki mamy już w samochodzie. Mija kilka minut i nic sie nie zmienia. Zabieramy plecaki, idziemy na autobus. Krzyczą za nami. Wracamy. Ładujemy plecaki, wsiadamy, zapalają silnik. I nic. Wysiadamy. Przybiega znów ktoś inny. Prowadzi nas do innego samochodu. Wsiadamy, plecaki załadowane, wsiada kierowca, podjeżdża pod jakiś budynek i wysiada. I co? Teraz ile czasu? Ale wraca za chwilę i ruszamy. A jeszcze do tego zapewnia, że na g. 9.30 będziemy przy klasztorze. Cud! Jak dla mnie przynajmniej, bo tam jest...właśnie,  ale o tym później. No i piękne pejzaże, góry i pustynia, a po lewej stronie Morze Czerwone. Pierwszy raz w życiu widzę takie widoki. http://www.youtube.com/user/Symimir Oby nie ostatni. Modlimy się sie Liturgią Godzin. Wspólnie. Niepowtarzalne doświadczenie w takich warunkach. Ja rozpraszam innych robieniem zdjęć. Ale i tak serca się nie uchwycić. Żadnych samochodów prawie. Żadnych budynków, oprócz jakiś ośrodków wypoczynkowych nad morzem, często zaniedbanych, opuszczonych. Po drugiej strony wielbłądy, stada kóz, namioty Beduinów. I co jakiś czas punkty kontrolne.
Docieramy. Po drodze mijamy miejsce gdzie Izrael zbudował sobie cielca nie mogąc się doczekać na Mojżesza. Bieli się w oddali nieduży budynek. Po drodze „zaparkowane” wielbłądy, sprzedawcy kolorowych kamieni. Duuuużo turystów. Ale to nic. Odpoczywamy chwilkę i idziemy zwiedzać. Najpierw widzimy krzew, podobno ten Mojżeszowy. Potem idziemy do muzeum. I tam...Popłakałam się. Nie wiedziałam, że ikona Jezusa jest tam w muzeum. Myślałam, że jest w kościele. Jest jak żywy....i nie mogłam oderwać oczu. Czułam, że właściwie mogę już nie iść dalej. Nie dałam rady zwiedzać. Dużo myśli, uczuć.... wyszłam zapłakana obiecując sobie, że tu wrócę.

Szykujemy sie powoli do wyjścia w góry, żeby zejść zaraz po zachodzie słońca bo tam podobno zimno. Wybieramy trudniejszą trasę, tzw. Drogę pokutników. A ja oczywiście w moich wybrakowanych butach...Ale widoki nieziemskie, i...w ogóle brak słów.

c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz