16 lutego 2010

Nowy Rok - zupełnie NOWY cz.II

Od razu przepraszam, że będę się powtarzała z wszelkimi superlatywami na temat widoków, ale tego raczej nie da się uniknąć.

Powoli,  wspinając się po skałach (proszę nie brać dosłownie słowa „wspinając”) zostawialiśmy za sobą Klasztor Św. Katarzyny, który i tak co jakiś czas wyłaniał się na nowo, co można zobaczyć na zdjęciach robionych z coraz dalszej perspektywy.
Ja z niepokojem obserwowałam poczynania mojej podeszwy, która zaczynała przypominać łopatkę nabierającą kamyki do buta. Pomyślałam, że nigdy na szlaku pielgrzymki na Jasną Górę z Lublina nie odważyłam się na włożenie kamienia do buta, jak to się czasem mówi tym, którym idzie się za lekko. Tym razem mój but sam się o to zatroszczył ;).
Wyruszyliśmy ścieżką, która nosi nazwę  Sikkat Sajidna Musa, Ścieżka Pana Naszego Mojżesza lub Schody Pokutne. Składa się z 3750 stopni, jak głosi legenda, wykutymi w skale w VI w. przez mnicha, jako pokutę za zbrodnię, której miał się dopuścić. Bardzo kręta ścieżka, stroma, z wysokimi kamiennymi stopniami, co powodowało moje obawy czy nie odchoruje na drugi dzień tej trasy, bo obciążenie dla kolan ogromne. Ale właśnie to, co mnie zaskoczyło, pomimo jakiś wcześniejszych problemów, musze przyznać, że kłopoty z kolanami zostały w Polsce….na szczęście! Wchodząc wzwyż praktycznie nie spotykaliśmy nikogo, oprócz kilku rodzinek z dziećmi. Z ks. Adamem co chwila toczyliśmy walkę na aparaty fotograficzne „strzelając” do siebie nawzajem i do innych. Z czego całkiem się cieszę, bo nie miałabym nigdy tylu zdjęć ;) (ach ta pycha – ale w takim miejscu!).
Głowa cały czas kręciła się dookoła w podziwianiu tego majestatu gór. Tam czułam, że nie jestem u siebie, to nie świat gdzie siłą są ludzie, choć zostawiają i tam swój ślad, ale góry, niebo….BóG. I ta niepojęta cisza.
Doszliśmy do Bramy Wiary (na zdjęciu), pod którą w XIX w. pielgrzymi błagali o darowanie im grzechów, zanim przepuszczono ich dalej. Według tradycji w tym miejscu prorok Eliasz usłyszał głos Boga  (1 Krl 19,9-18) i ukrywał się w pobliskiej grocie (Jaskinia Eliasza) przed królową Izebel. Jedna z kapliczek poświęcona jest temu prorokowi, druga natomiast innemu prorokowi, Elizeuszowi. Miejsce kojarzone jest również z osobami towarzyszącym Mojżeszowi w wejściu na górę , gdzie mieli pozostać i czekać na niego, gdy zejdzie ze szczytu.

W pewnym momencie zatrzymaliśmy się na modlitwie i chwilę pozostaliśmy prawie nieruchomi pośród skal. Niektórym się drzemnęło ;), niektórzy się suszyli, a inni pisali sms’y głęboko teologiczne ;P.
Po dłuższym, modlitewnym  odpoczynku ruszyliśmy dalej.
I tu, po 450 kamiennych stopniach, kolejna brama, Brama Eliasza, za którą rozciąga się Kotlina Eliasza, nazywana Równiną Cyprysów lub: Basen Eliasza, Płaskowyż EliaszaAmfiteatr Siedemdziesięciu Mędrców. Bardzo piękne jest to miejsce, z ciszą przerywaną głosami osób schodzących z Synaju. Jest tam studnia, z której Beduini czerpią wodę. I co jeszcze jest? No oczywiście cyprys, któremu przypisuje się kilkaset lat. Oprócz cyprysa był osiołek, spokojnie skubiący cosik tam roślinnego, i spokojnie pozwalał sobie (i bez opłaty!) robić zdjęcia. Jak się okazało dzięki komentarzom moich znajomych, ten osiołek ma tam swoje stałe miejsce, choć nie wiem czy zawsze ten sam, od iluś tam lat.
Tam zatrzymaliśmy się na odprawienie Eucharystii. Słońce zniżało się coraz bardziej ponad górami i tam gdzie nie sięgało swoim światłem, odczuwało się przejmujący chłód. Zebraliśmy się dość szybko i ruszyliśmy dalej, jednak już w większym towarzystwie bo trasa w tym  miejscu była już bardziej uczęszczana przez tych, którzy docierali tu Ścieżką Wielbłądzią. (Jak będzie o schodzeniu to ją opiszę).
No i zaczęliśmy ostatni odcinek. Bardzo piękny, bo już na dość znacznej wysokości. Po drodze mijaliśmy sklepiki, kramiki z różnokolorowymi kamieniami, ale nie zatrzymywaliśmy się na robieniu zdjęć, żeby zdążyć na szczyt przed zachodem słońca.
Już co chwila pojawiał się odpoczywający wielbłąd. Jakieś chatynki, które prawdopodobnie spełniały funkcje naszych toi-toi. No i beduini - handlarze wszystkim, począwszy od puszek Coca-coli poprzez coś tam jeszcze – nie było czasu na oglądanie ofert tutejszego rynku.
Ja już byłam dość zmęczona, muszę przyznać, tym bardziej, że ilość ludzi na ścieżce nie pozwalała na jednostajny marsz, ale ustępowało się miejsca tym, którzy schodzili. Moje buty w coraz gorszym stanie, dawały się we znaki, zwłaszcza że robiło się coraz chłodniej. Pocieszali mnie inni pokazując buty, w jakich przemykali obok nas beduini – klapeczki, półbuty…
No ale na ostatnim odcinku spotkała mnie szczególna niespodzianka….
Wprawdzie nie powiedziałam nigdy o tym uczestnikom naszej wyprawy, ale to, co się wydarzyło na te kilkadziesiąt stopni kamiennych przed szczytem bardzo mnie wzruszyło. Poczekali na mnie, i ks. Adam powiedział, żebym poprowadziła ich na górę, a ks. Piotr wręczył mi kijki. Może to wydać się śmieszne, niby nic…ale poczułam się szczególnie, nie, że idę pierwsza, że mogłoby to być jakieś wyróżnienie. Poczułam się jakbym była potomkiem Mojżesza. Choćby przez samo imię, dla mnie może bardziej związane z Maryją, ale już ono samo jest dla mnie zawsze wyróżnieniem i krępuję się kiedy ktoś się nim zachwyca, bo jest dla mnie ogromnym darem, który jest właśnie darem – całkowicie niezasłużonym, ale bardziej zadanym. I w tym momencie poczułam się jak spadkobierczyni Mojżesza i tych, których prowadził przez pustynię. Nie dzięki mojemu imieniu, ale dzięki wierze, która została mi przekazana. To trochę jak wtajemniczenie, jak powrót do ziemi przodków, anamnesis – uobecnienie tego, co było przed tysiącami lat aby narodzić się na nowo, aby umrzeć, przez wysiłek, ostatni wysiłek, i narodzić się na nowo, odnowić swoje przymierze z Bogiem, którego zawsze On jest inicjatorem. Niesamowite, i życzę każdemu. No czułam się naprawdę jakbym była z bliskiej rodziny Mojżesza – buty niepotrzebne, kij w ręce, imię jego siostry, i na Górze Synaj. Tych takich kilka szczegółów z życia Mojżesza ;).
No i?
Jesteśmy na górze. Dużo ludzi. Słońce jeszcze świeci, ale bardzo szybko już się obniża nad górami. Po drugiej stronie wyraźnie widać już księżyc w pełni.
A my chłoniemy ostatnie promienie słoneczne i oglądamy widoki. Meraviglia!
I idziemy do Beduina na gorącą czekoladę. Jest tak zimno, i w zmęczeniu nawet ten rozpuszczony kakaowy proszek jest wielkim darem Bożym.
Potem w miarę szybki piknik i filmowanie zachodu słońca. A to są sekundy. I szybkie ubieranie wszystkiego, co mamy w plecakach, bo zimno mrozi i przenika kości. Słońce to naprawdę cud.
Wszyscy od razu szybciej się ruszają. I zaczyna się schodzenie. I zaczyna się problem. Stopa wypycha but do przodu przy schodzeniu i podeszwa już prawie zupełnie oddziela się z przodu od buta. Ajajajj, jaka rada? Ściągam gumkę trzymającą karimatę i oplatam nią stopę z przodu. Szkoda, że nie mam srebrnej taśmy takiej mocnej…ale i to działa. Co chwilę sprawdzam czy jeszcze trzyma się.
Zejście jest niesamowite. O wiele lżejsze od wejścia. Droga szeroka prawie, wydeptana przez wielbłądy, bo jest to Sikkat al-Basza, czyli Wielbłądzia Ścieżka czy inaczej Ścieżka Paschy.  Większa cześć osób nią wchodzi a schodzi Schodami  Pokutnymi. Na nasze szczęście. Stąd ten spokój i cisza kiedy wchodziliśmy. A jak doczytałam się w kilku recenzjach, wejście Drogą Wielbłądów nie należy do najprzyjemniejszych. Ale za to zejście na pewno nam się udało. Nie potrzebne były nawet latarki, bo księżyc świecił bardzo mocno.
Schodząc trzeba było uważać jedynie na kamienie pod nogami. I tak schodząc, poczułam jak mi się coś przyczepiło do lewej tym razem stopy. Ale, że uczucie było to samo, jakie miałam na dworcu autobusowym, kiedy odpadła mi prawa podeszwa, tę bez skrupułów przydeptałam, kiedy wywinęła się do przodu i przydeptałam odrywając definitywnie. Problem jednak był w tym, że ona trzymała się całkiem nieźle, i odrywając ją, oderwałam także kawałek buta spod spodu. Nie trzeba było długo czekać. Poczułam jak przez skarpetkę wbijają mi się kamienie. Ale na szczęście nie było już daleko do Klasztoru i zrobiło się w miarę ciepło. Po drodze jeszcze kilka razy obejrzałam się za siebie, podziwiając sznureczek światełek ludzi schodzących z latarkami. A nam się udało bez. Co może nie było takie do końca bezpieczne, bo kilka razy zdarzyło mi się pomylić wielbłąda ze skałą.
Na jakieś 100 metrów przed klasztorem warunki, w jakich znalazły się moje buty, zmusiły mnie do założenia sandałów. A trapery zawisły na sznurowadłach.  Doniosłam je do klasztoru, choć miałam pokusę zostawić je tu, gdzie byłam, między skałami. Spacerek na końcowym odcinku urozmaicony był przez bezszelestnie przesuwające się obok nas wielbłądy. Coś niesamowitego, chodzą tak cicho po piachu!
I…chyba tu bym zakończyła tę opowieść, ale został jeszcze Dahab, a tego nie da się nie opisać. Ale już w następnym „odcinku”!
Życzę wytrwałości!





7 komentarzy:

  1. czekam z niecierpliwością na cd

    OdpowiedzUsuń
  2. Cierpliwosci siostrzyczko, cierpliwosci...a jeszcze szykuje sie Hermon i okolice;)ale tam mniej bylo emocji...

    OdpowiedzUsuń
  3. W lipcu trzeba było wchodzić w nocy bo inaczej byłoby za gorąco. Czy w lutym jest tam chłodniej?

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak, oczywiscie jest chlodniej.W nocy jets bardzo zimno, przynajmniej w styczniu.

    OdpowiedzUsuń
  5. "Zejście jest niesamowite - o wiele lżejsze od wejścia" - zabiłaś mnie celnością wypowiedzi :)
    Pozdrawiam. Mam ciągle twoje rękawiczki, ale przydają mi się podczas nocnych biegów - zimno jest. Nie pros na razie o zwrot ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bo gdzies w domysle mialam na mysli (maslo-maslane, no zdarza sie czasem i najdoskonalszym;), ze zejscie jednak moze byc ciezsze od wejscia, i byloby niestety takie dla mnie gdyby wracac droga, ktora przyszlismy - za duze stopnie i masakryczne obciazenie na stawy kolanowe. Raz cos takiego przezylam, ale z ledwoscia i o wiele bardziej wole wchodzic po takich glazach niz schodzic....jasne? A tak wogole to tam nie bylo myslinika, tylko kropka miedzy zdaniami, wiec troche to zmienia "celnosc" wypowiedzi, Piotrusiu. A rekawiczki oddaj przynajmniej przed przyszla zima.Ciesze sie,ze sluza ;P

    OdpowiedzUsuń
  7. Aaaa, tak gwoli scisłości - ja NIGDY NIE PISZE POSTOW NA "BRUDNO". Jedynie czasem koryguje literowki, ale tez nie zawsze ;)

    OdpowiedzUsuń