24 czerwca 2010

PUSTYNIA NIEPUSTYNNA...ku wolności wyswobodził nas Chrystus!

Dziś rocznica urodzin Św.Jana Chrzciciela...
Rok temu dopinałam ostatnie pakowanie, i wieczorem wylot, który zaskoczył mnie moim strachem i poczuciem szaleństwa decyzji. Leciałam pierwszy raz samolotem, sama, w miejsce którego nie znam, na czas niewiadomy…
I w tym wszystkim byłam jakoś bardzo sama. Po ludzku patrząc.

 Dziś oglądam się wstecz i widzę cały ten rok...rok, który dla mnie z intensywnością  przeżyć można by rozrzedzić na kilka lat. Rok życia w Jerozolimie. Życia, naprawdę życia, z doświadczeniem całej gamy odcieni tego życia. Może to tak, że w życiu wewnętrznym (niektórzy takim nazywają wszelkie fizjologiczne przemiany w nas ;P, ja jednak nie przepadam za nadużywaniem zwrotu "życie duchowe"), więc może w tym życiu wewnętrznym odbija się ta różnorodność kolorów życia zewnętrznego... inność kościoła,  wielość mentalności,  narodowości,  wyznań,  zróżnicowanie zajęć. I do tego skondensowanie tych doświadczeń we wspólnocie najpierw włosko-indyjsko-polskiej, a później włosko-meksykańsko-polskiej, z perspektywą na wspólnotę włosko-filipińsko-polską. Oczywiście widać stałość akcentu włoskiego i polskiego (na szczęście ;).
Czas na podsumowanie? Za wcześnie.
Ale przychodzi mi na myśl ten Jan... głos, przyjaciel Oblubieńca, Prorok najmniejszy w największym, Eliasz. Myślałam o jego pustyni, która bardziej kojarzy się z tłumaczeniem "głos wołającego na puszczy", bo na pewno nie znajdziemy w Ain Karem pustyni jaka przychodzi nam zazwyczaj na myśl, z piachem, słońcem i oazami. I dziś, tak myśląc o moim malutkim doświadczeniu pustyni (prawie żadnym), i wspomnieniem o Ain Karem sprzed kilku miesięcy, bo dziś nie było mi dane tam być na uroczystościach, przyszło mi na myśl coś co pasuje do mojego doświadczenia życia w Jerozolimie. Słowo ZASKOCZENIE i słowo NIEPRZEWIDYWALNOŚĆ. Jednocześnie te dwa słowa myślę, że są bardzo adekwatne do określenia pustyni....Tu wszystko jest inne niż można by się spodziewać.
 Nabiera się wolności. Albo zaczyna się żyć w stresie i nerwowym rozstroju, że wszystko jest inne niż się człowiek spodziewał.

Tego chyba uczy Jezus swoim zachowaniem w tekście liturgii na najbliższa niedzielę: Łk 9, 51-62. Wolności od przeciwności na drodze realizacji naszego celu, powołania. Ale nie wolności takiej, że nic nam nie stanie na przeszkodzie, ale tej wolności w nas, o której mówił bł. Ks Jerzy…. Jezusa nie zatrzymuje narzekanie na Samarytańskie miasteczko, które nie pozwoliło Mu skorzystać ze swojej gościnności. Kogo upomniał? Słodkiego Jana, umiłowanego ucznia, bo i ten musiał się jeszcze nauczyć tej wolności. Czasem jest ta pokusa i działanie Złego, żeby zatrzymać się na drobiazgach (w porównaniu czasem do tego, do czego jesteśmy wezwani pewnie przeciwności są naprawdę śmieszne, a urastają w naszych oczach do rozmiarów tragedii). Zawsze jest ta pokusa odwrócenia naszego spojrzenia od celu… od naśladowania Chrystusa. A to nie taka wspólnota, a to niedobra przełożona, a to ksiądz nam się w kosciele nie podoba, a to prezydent ma taki a nie inny wyraz twarzy, a to to, a to tamto, a to nie tak jak miało być, a to…itd. 
Na ostatnim Lectio Divina we wspólnocie (było nas aż dwie siostry!) zdałam sobie sprawę jak bardzo szatan z nas musi się śmiać, że jesteśmy tacy małostkowi. A przed nami idzie Chrystus! Ostatnio słyszałam o kobiecie, która na Jeziorze Galilejskim wylewała z siebie łzy, bo zdała sobie sprawę, że chodzi po Ziemi, po której chodził Bóg (choć była w tym czasie na Jeziorze, ale nieważne ;). Ja sama widzę, jak bardzo drobiazgi potrafią być taką przekładnią na torach, i zmieniamy kierunek, zaciera nam się cel….
Jak bardzo zapragnęłam tej wolności Jezusa…nie chcą Go w tym mieście? No i co, idzie dalej… i pokazuje innym to, co ich zatrzymuje, co może być ich przekładnią do zmiany kierunku, a to oczekiwanie zapewnienia bytu, miejsca, a to oglądanie się wstecz....
Czasem ludzie pytają czy nie myślało się o innym życiu będąc już ileś tam lat w zakonie. Jasne, że się myślało, a bo to raz?
Ale jest świadomość, jest wewnętrzne przekonanie o CELU, widzi się jakby cały czas JEGO cień, czasem bardzo delikatny, i podejmuje się trud wierności przyjętym zobowiązaniom. A potem przychodzi pokój. Naprawdę taki pokój, jakiego nic na świecie jeszcze nie pozwoliło mi doświadczyć.
Warto, naprawdę warto….

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz