24 sierpnia 2010

Uff!

Ale szalony dzień...
Rano Adoracja, i potem biegiem na Nesher (czyli taki bus co zabiera osoby na lotnisko), bo s.Cecylia zapomniała, że ma mnie zmienić. Skończyło się niestety zamknięciem Tabernakulum (na "nieszczęście" mam taką możliwość). Pobiegłyśmy z s.Danielą, która dziś wylatywała do Rzymu po prawie miesięcznym pobycie u nas na czas moich wakacji, na umówione miejsce, gdzie czekał na nas zdenerwowany kierowca, bo przyjechał 15 min wcześniej! W czasie jazdy było zawrotnie i pierwszy raz zobaczyłam, że można się na tego busika umówić nawet w Ain Karem. Przynajmniej coś zwiedziłam.
W Tel Avivie oblał nas pot - dosłownie - i znów podziękowałam Panu za mieszkanie w Jerozolimie, bo nie tak upalnie. Niestety na lotnisku nie obyło się bez problemów. Wzięli Danielę na dość szczegółowa kontrolę. Nie zna jęz. angielskiego, więc do pewnego momentu jej towarzyszyłam, ale potem została sama z całą atrakcją przeglądania jej bagażu. No ja już wiedziałam co to znaczy;). Wystarczy uzbroić się w sawlanut czyli cierpliwość. Zakończyło się wspólnym pomachaniem sobie i wycofałam się z tego już znajomego miejsca jakim jest lotnisko Ben Gurion. Zabrałam się do Jerozolimy z o wiele spokojniejszym kierowcą, który jednak był tak miły, że swoich pasażerów rozwoził pod same mieszkania. Znów zwiedziłam ładne i ciekawe dzielnice Jerozolimy, np. Mea Szearim.(ciekawa jestem jak to naprawdę jest - po przeczytaniu art.o Mea Szearim).
No i powrót do domu, obiadek, prysznic i do pracy, czyli kochanej biblioteki. Wczoraj, w pierwszy dzień po wakacjach zabrałam się za sprzątanie, z nieocenioną pomocą Oksany, wolontariuszki naszej. No i można z nowymi siłami (choć jakoś i tak nie czuje  w te upały by ich było za wiele) zabrać się do ogromu pracy.
Ale nic to, wszystko mija...i są dobrzy ludzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz