7 marca 2011

Krótkie sprawozdanie z pierszej "ekskursji" - Jerycho, Masada

Hm, nie wiem czy wypisywać o tym co zwiedziliśmy bo jak się napatoczy jakiś doświadczony biblista tu a ja palnę jakiś głupstwo w mojej ignorancji, to dopiero będzie wstyd....
Napiszę: wyruszyliśmy w czwartek rano autokarem zapchanym niestety 45+kierowca = osobami (stanowczo za dużo jak na dopchanie się do profesora żeby coś usłyszeć).
Na szczęście moja towarzyszka losu, czyli s.Nimfa, miała już zajęte pierwsze miejsce w autokarze, więc najlepsze widoki należały do nas...no i bliskość profesora ma znaczenie. Aczkolwiek muszę przyznać, że było to dość obce dla mnie uczucie siedzieć tak z przodu, bo na wszelkich wycieczkach szkolnych nie do mnie należała ta część autobusów, wprost przeciwnie jakoś zawsze ciągnęło mnie do tyłu...nie wiedzieć czemu ;).
Wyruszyliśmy ok. 7.30 z Jerozolimy i dotarliśmy w okolice miasta, Jerycha, w okolicach pałacu Heroda, skąd rozciągał się piękny widok na zamkniętą drogę do Jerozolimy, przy której stoi dom Bartymeusza, niewidomego spod Jerycha, który siedząc przy drodze wołał: "Synu Dawida, ulituj się nade mną". Nie będę przytaczała słów profesora ani wiadomości na temat tego miasta, bo można to łatwo znaleźć.
Było nas tak dużo, że staraliśmy się jakoś otoczyć profesora żeby lepiej słyszeć i niektórzy (no cóż, ten jeden raz i ja :( staliśmy na murach ruin pałacu Heroda. Nie każdy ma wrodzoną miłość do kamieni. Właśnie to ciągłe powtarzanie przez profesora : "che bello!" nad każdą dziurą w ziemi było przyczyną naszego dobrego humoru. To się nazywa pasja!
Byliśmy tam dość wcześnie, bo jak mówił profesor, w późniejszej porze bylibyśmy oblegani przez dzieci, co i tak nas nie ominęło. Bose, uśmiechnięte, z owieczką na rękach...jak pomyślę o niektórych polskich wychuchanych dzieciach...no cóż, co kraj to obyczaj, niby się mówi.
Podzieliliśmy się z nimi nie tylko szeklami, ale i cukierkami.
Potem pojechaliśmy do miasta i tam najpierw zwiedziliśmy sklep, a później Tel es-Sultan, gdzie prof Kaswalder opowiedział nam jak to było ze zdobyciem Jerycha przez Jozuego...
Wchodząc już wyżej rozciągał się przed nami piękny widok na Gebel Quruntul - Górę Kuszenia z klasztorem św. Jerzego. Tam profesor nakreślił super całe przejście od wejścia Narodu Wybranego do Ziemi Obiecanej aż po Chrzest Jezusa w Jordanie...i tego mi trzeba było! Aż się wzruszyłam, jak pomyślałam sobie, gdzie jestem.
No i dalej pojechaliśmy do Ein Geddi gdzie zatrzymaliśmy się na obiadku, czyli każdy wyciągał swoją wałóweczkę.
No a potem MASADA!
Na górę wjechaliśmy wagonikiem, ale większa część zeszła już pieszo. Miejsce jest niesamowite...Mnie na każdym miejscu brak czasu na napatrzenie się. Wszędzie się biega z pobożnym życzeniem powrotu...
I tak wyglądał mój pierwszy archeologiczny wyjazd ze Studium Biblicum Franciscanum.
Muszę przyznać, że spodziewałam się większego upału, ale było super, i większego zmęczenia, jako skutku mojego zasiedzenia między książkami w Bibliotece.
S.Cecylia też przeżyła spokojnie zastępstwo w Bibliotece...no może poza traumą zatrzaśniętej łazienki, która okazała się otwarta.
A tu zdjęcia: 

Następny wyjazd to Cezarea Morska.

3 komentarze:

  1. Ładnie, że rośnie nam nowa znawczyni Ziemi Świętej. Zacznę wyciągać walizki z szafy:) Pozdrawiam i życzę wrażeń i przygód, które pozytywnie zaskoczą.

    OdpowiedzUsuń
  2. hm...co moge rozumiec pod slowem:"nam"?;)

    OdpowiedzUsuń
  3. No i zapraszam...za kilika lat to i moze mnie przypadnie w udziale oprowadzanie,jak nie wycofaja takiej mozliwosci dla ss.

    OdpowiedzUsuń