3 czerwca 2011

Kiedy codzienność staje się cudem...



Myślę, że fizycznie nie sposób człowiekowi żyć w ciągłym zachwycie - przynajmniej jeszcze nie teraz, a jeśli potem tak będzie, to ...będzie pięknie!
A ja czuje, że gdyby nie słabość ludzka, zwana rutyną i przyzwyczajeniem, to już bym nie żyła. To nie jest tak, że chodzę w obłokach i wącham kwiatki i nie mam życia bez stresów. Wprost przeciwnie. I właśnie dlatego cuda mnie wprawiają w tym większe zdumienie, że są "pomimo" stąpania twardo po ziemi i kalkulowania na sposób bardzo ludzki, przyziemny.
Wczoraj jeden z franciszkanów życząc mi dobrego świętowania mówił, żebym tylko zeszła potem z góry. No właśnie zeszłam, i cuda działy się dziś na dole. 
Ale już przejdę do faktów. Dziś rano, o g.4.30, wyruszyłyśmy na Górę Oliwną, żeby o g. 5.30 uczestniczyć w Eucharystii sprawowanej w miejscu gdzie wg tradycji Jezus wstąpił do nieba. Co było szczególne, to zimno jakie  zaczęło się wczoraj wieczorem. No i cała celebracja bardzo szczególna, bo tylko jeden dzień w roku można tam sprawować liturgię. Miejsce należy do muzułmanów.
A zaraz po Mszy zbiegłyśmy z dwoma naszymi wolontariuszkami z Góry Oliwnej, żeby odebrać kolejną Panią, która przyjechała właśnie dziś rano z Polski na wolontariat.
I gdzie cud? No właśnie...dla mnie cudami nie są miejsca, ale ludzie. Są u nas 4 osoby na wolontariacie Adoracyjnym, które uczestniczą w modlitwie o pokój.  I wciąż zaskakuje mnie to w czym uczestniczymy. Czasem osoby uśmiechają się jak odpowiadamy na pytanie co robimy w Jerozolimie: modlimy się. No jasne, bo wszyscy się tu modlą, nic szczególnego więc nie robimy. Ale kto powiedział, że mamy robić coś szczególnego? A jednak to nie jest takie "tylko" modlenie się. Nasz Założyciel mówił, że jeśli jest wolą Boga by jakieś zgromadzenie istniało, to będzie przysyłał powołania. Myślę, że tu doświadczamy czegoś podobnego. Jeśli Adoracja ma trwać, to Pan się o nią zatroszczy. Ale ważne jest z naszej strony by trwać. A my trwamy. Czasem jest trudno, ale nic nadzwyczajnego. Cudem i znakiem dla mnie niesamowitym są osoby, które decydują się na wolontariat. Dlaczego? Bo praktycznie nie robimy nic aby jakoś to nagłaśniać, a osoby zgłaszają się już na przyszły rok, i to nie tylko na styczeń czy luty, ale i na ostatnie miesiące 2012 roku. Oczywiście już nie wspomnę o wakacjach. 
Nie spotkałam jeszcze tu w Jerozolimie wolontariatu modlitewnego. No jasne, kto by "tracił" na to czas? A jednak! I coraz bardziej zauważam, że osoby, które przyjeżdżają na ten wolontariat, są inne niż wolontariusze np. w Kustodii. Ale nie umiem wyjaśnić na czym ta różnica polega...Nie są lepsi czy gorsi. Są inni.
Nie wiem czy akurat tego posta będzie czytał ktoś, kto szykuje się na ten wolontariat, ale myślę, że dobrze by było, żeby do naszego wolontariatu w pewien sposób starać się przygotować. Chodzi o doświadczenie modlitwy. Żeby np. nie być zaskoczonym, że po godzinie ktoś jest zmęczony obecnością przed Najśw. Sakramentem. Naprawdę, jeśli ktoś nie ma praktyki modlitwy myślnej (odwołuję się teraz do pewnego "wtajemniczenia" w życie duchowe ;) może nie mieć do siebie cierpliwości. Może nie wiedzieć co zrobić z godziną lub dwoma w ciszy przed Najśw. Sakramentem. Rozmawiając o tym z pewną osobą, doradziła by sugerować chętnym na wolontariat wcześniejszą praktykę Adoracji. Myślę, że byłoby to bardzo korzystne.
Tak więc trwam w zachwycie, że Pan dba o to aby wolontariat, pomimo krótkiego czasu istnienia, rozwijał się. Choć dla mnie oznacza to niezłą łamigłówkę znajdowania i godzenia różnych terminów.
Wiele osób nam pomaga aby ten wolontariat trwał: dobrodzieje, którzy finansują mieszkanie dla wolontariuszy (tu też towarzyszy nam zawierzenie, że zawsze jakoś pieniądze się znajdą, choć nigdy nie ma na zaś), pan Łukasz, który już dla kilkunastu osób znalazł korzystne połączenie lotnicze, pan Shibli, który wynajmuje nam mieszkanie i jest naprawdę super człowiekiem, sąsiedzi wolontariuszy sympatyczni i serdeczni tak oni jak i ich pies, Bianca, i wszyscy ci, którzy np. umożliwiają zwiedzanie, uczestnictwo w różnych wyjazdach w miejsca Święte...A wszystko to skoncentrowane wokół Eucharystii. Choć wiele osób nawet nie ma tej świadomości. Na chwałę Bożą. I dla dobra dusz...można chcieć więcej?
A najważniejsze, że od 1 czerwca Adoracja u nas w Kościele trwa do 20.00, czyli o dwie godziny dłużej...czyli codziennie całe 12 godzin wystawienia Najśw. Sakramentu!!! Jedyny Kościół tak otwarty i z możliwością na modlitwę w ciszy w Jerozolimie!


7 komentarzy:

  1. Bo pewnie ta codzienność nie jest nawet cudem, a bardziej normalnością. A my ją tak spłycamy, że gdy przebije się z naszej pogoni za niczym, wydaje się czymś tak niezwykłym i cudownym. A to ma być sensem życia. Cieszę się Waszą i naszą Adoracją. W środę mojemu przyjacielowi dopiero co wyświęconemu powiedziałem, że jeśli każdego dnia znajdzie czas przed Panem w Eucharystii, by do Niego mówić, słuchać, kłócić się... będzie święty. I ja w to wierzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. hm...; ) byłam na wolontariacie w Kustodii i przychodziłam także na Adorację. Starałam się przychodzić każdego dnia. Myślę, że nie tylko chodzi o umiejętności praktykowania takiej formy modlitwy jaką jest trwanie w ciszy przed Jezusem ale po prostu chęć bycia przed Nim. Wszystko inne jest łaską. Zupełnie niespodziewane rzeczy się dzieją w tej Krypcie. W ciszy. To był pięknie dobry czas.

    OdpowiedzUsuń
  3. szczerze i po chrześcijańsku zazdroszczę dotykania piątej Ewangelii

    OdpowiedzUsuń
  4. nie trzeba zazdroscic tylko trzeba przyjechac ;)

    OdpowiedzUsuń