16 października 2011

Coś dla zniechęcenia - pisze polska, katolicka tradycjonalistka

Na przykład taka niedziela w Jerozolimie.
Rano drą się mueziny ze wszystkich stron świata, nawet więcej niż czterech. Tak od 3.40 zaczynają. Choć ja tych pierwszych nie słyszę.
O g. 7.00 jedyna w tygodniu wspólnotowa jutrznia. W czytaniu usłyszałam, że Bóg zasiadł w pociągu zamiast na tronie (treno-trono). Po polsku już nie byłoby okazji się pośmiać. No ale cóż, każdemu się może zdarzyć pomyłka.
O g. 9.00 Msza. Na Mszy: 4 siostry (dwie włoszki, filipinka, polka) wyznania łacińskiego, czworo ormian, w tym dwoje ortodoksyjnych. I ksiądz z Indii. Chyba katolik.
Msza po angielsku. Nie zrozumiałam prawie nic. Wcale nie dlatego, że nie mówię po angielsku. Przynajmniej czytania wiedziałam o czym są.
Części stałe podczas Mszy po ormiańsku. Trzeba znać żonę naszego organisty, żeby wiedzieć jaka to przyjemność co niedzielę tak się modlić przy akompaniamencie jej śpiewu.
Przy "wystawieniu" (u nas się nie wystawia tylko wkłada Hostię do monstrancji, która już stoi) ksiądz nie mógł włożyć Hostii Konsekrowanej w monstrancję, bo nie wiedział jak. Niestety, u nas siostry wyjmują Najśw. Sakrament przed Mszą i wynoszą Go do Tabernakulum (ja nie!). Skutek taki, że Pan Jezus tyłem znalazł się w monstrancji (o ile nie ma różnicy w Hostii o tyle jest różnica w melchizedeku). Po "wystawieniu" trzeba było Pana Jezusa przekręcić. Udało się.
Po Mszy siostra za ścianą robi pranie.
Idę na adorację. Mijam panie, które oczywiście w piątek i sobotę nie, ale dziś tak! szorują podłogi, ściany...nie są muzułmankami. Sprzątają w Armenian Hospice.
Po adoracji jem niedzielny obiad. Sama. Zresztą praktycznie jak co dzień.
Idę do swojego pokoju. Na wprost mojego okna jeden pan kuje ścianę kościoła. Żeby nie być gołosłowną zamieszczam zdjęcie. Przy tych dźwiękach upłynęła mi modlitwa - Kościół jak studnia, powielał te rytmy wybijane młotkiem.
Chwile później zajeżdża traktor i zabiera rusztowania.
Oczywiście w piątek i sobotę nigdy by tego nie robili.
Na zakończenie dnia idę do Bazyliki Zmartwychwstania (ostatnio dowiedziałam się, że Kościół Zachodni nazywa ją Bazyliką Bożego Grobu a Wschodni Zmartwychwstania - ta druga jakoś bardziej do mnie przemawia). I co znajduję? W dziurze podłogi Bazyliki ukrył się mały, gumowy dinozaur.
Koniec atrakcji.
I jak nie kochać Jerozolimy?
Gratuluję odważnym, którzy chcą tu przyjechać...

8 komentarzy:

  1. Cóź Jerozolima to naprawdę ciekawe miasto - tego się nie da opowiedzieć, to trzeba przeżyć ;)Ania

    OdpowiedzUsuń
  2. Urozmaicenie dnia zachwyca. Cóż za koloryt! Dynamika. A co na obiad było?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ano! na obiad: smażone cukinie, frytki i jakieś mięso, pomidory, papryka surowa, "czysty" makaron (wlasnie nie wiem po co ten makaron tam byl)

    OdpowiedzUsuń
  4. Miriam, siostry są nie wyznania łacińskiego, bo wyznanie masz katolickie, a obrządku łacińskiego. Tak jak wasi ormianie to obrządek, a wyznanie jest ciągle, mam nadzieję, jednak katolickie.
    A co do niedzieli... cóż... uroki życia...

    OdpowiedzUsuń
  5. Wymyśliłam jak po polski można byłoby się pomylić, zamiast tronie - tranie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Szczęść Boże Siostro!
    Miejmy nadzieję, że już niedługo i my poznamy uroki niedzieli w Jerozolimie. Póki co odkrywamy je w... Betlejem:)

    Marta i Filip

    OdpowiedzUsuń