22 stycznia 2012

Ach, góry...




No tak, nie zdawałam sobie sprawy jak brak mi ruchu na świeżym powietrzu, dopóki nie pobiegałam po pustyni judzkiej ;), a ściślej po Ein Gedi i na Masadę i z powrotem...i myślałam, że jestem w gorszej formie. Brak, bardzo brak ruchu, i brak gór. W zeszłe wakacje, jak mało kiedy, nie byłam w górach, i potem tęskni się. W górach jest coś niesamowitego. Choć każde miejsce jest inne, niepowtarzalne, to jednak właśnie wchodząc na Masadę zauważyłam, to co według mnie góry mają wspólnego.
1. Piękno - które związane jest z tym, że nas przerastają, powodują nasz zachwyt bo są pozornie nieosiągalne...
2. Trud - i doświadczenie zwycięstwa lub porażki...
3. Przestrzeń - coś, czego tak trudno na co dzień doświadczyć...
Dla mnie góry wyrażają jeszcze inne rzeczy, które są może bardzo indywidualne, ale za które kocham góry tak bardzo. To poczucie samotności, ciszy, zostawienia wszystkiego w dole, i wspinania się, pokonywania siebie, wsłuchiwanie się we własny wysiłek,  pulsujące mięśnie, bijące serce, wysiłek w oddechu...
W czwartek, 19 stycznia byłam po raz ostatni oficjalnie na wycieczce archeologicznej ze Studium Biblicum Franciscanum. Oficjalnie, bo ominęła mnie jeszcze wyprawa do Qumran, na która wybieram się nieoficjalnie ze szkołą.
Góralek syryjski
Najpierw pojechaliśmy do Ein Gedi. Z Jerozolimy wyjechaliśmy w strugach deszczu i zmarznięci. Ale wiedzieliśmy, że zaledwie za niecałą godzinkę będziemy zrzucać z siebie kurtki przeciwdeszczowe i grube swetry. Po drodze słońce przebijające się spoza chmur nad Morzem Martwym raczyło nas niepowtarzalnymi widokami!
Dotarliśmy do Ein Gedi i kto tam był, wie, że pierwsze zachwyty powodują nie pejzaże, ale zwierzątka. Najpierw pojawiły się oczywiście moje ulubione góralki! Pozowały do zdjęć jakby miały na tym co najmniej zarobić. Potem ku naszemu zaskoczeniu zobaczyliśmy kozy na drzewie! Nie na skałach, ale po prostu na gałęziach, obskubujące listki.
Zawsze chciałam pojechać do Ein Gedi, słysząc te wspaniałe opowieści o pięknie tego miejsca i przyznam szczerze, że trochę się rozczarowałam. Prawdopodobnie o wiele większe wrażenie robi kiedy są upały i ktoś widzi te wodospady, w których można się ochłodzić. Nam jednak tym razem to nie było potrzebne...Poza tym pogubiliśmy się trochę, i rozbiliśmy na kilka grup. Moja grupa jako pierwsza powróciła na parking gdzie spokojnie przy kawie czekaliśmy na całą resztę. Wcześniej jednak odwiedziliśmy synagogę.Potem obiad, czyli co kto miał to jadł i dalej pojechaliśmy na Masadę. Co ciekawe, że moją przygodę z SBF rozpoczęłam dokładnie wizytą na Masadzie. I teraz te wyprawy archeologiczne zakończyły się dokładnie w tym samym miejscu. Miałam zamiar wjechać spokojnie na górę i tam podziwiać widoki jedyne takie na świecie. A tu okazało się, że pojawiła się pokusa wejścia na piechotę w wyborowym towarzystwie innych studentów. No i niestety nie oparłam się. Zajęło nam to 35-40 min z robieniem zdjęć i podziwianiem widoków. A kolorystyka tego dnia była oszałamiająca. Na górze już nie było tak ciepło i kurtka się przydała. Rok temu, w marcu, jak sobie przypominam, było już bardzo upalnie. Naprawdę to niesamowite, że można wracać  w niektóre miejsca. Niestety, na koniec znów nie oparłam się pokusie, żeby nie zejść z góry na piechotę...no i stąd ta tęsknota za górami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz