29 czerwca 2012

No i co mam napisać?

Od czego zacząć?Któż to wie!
Może od tego, że drugi dzień jak jestem w Jerozolimie, a nadal gdzieś moje myśli krążą po Polsce...zielonej, chłodnej, cichej...nie tak łatwo wyjechać.
Lot był spokojny, pomijając, że nie przewidziałam, że busy z Lublina do Warszawy mają "małą" dwugodzinną przerwę, właśnie wtedy, kiedy ja wybieram się na lotnisko! To była zgroza. Zabawiłam się w przedszkolu u mojej bratanicy, przesłodkiej, na Kopciuszku, no i jak dojechałam na przystanek, to dokładnie przed moimi oczami odjechał bus o 17.30, a następny był o 19.30, a ja miałam przed sobą trzygodzinną drogę do Warszawy, nie licząc wszelkich korków....i? I znalazłam ratunek w mojej siostrze, która odwiozła mnie do Warszawy razem z moim Tatą. Nie było to takie proste, bo wybiegła z pracy i potem na drugi dzień szła do pracy, a kawałek nocy jednak zarwany...Dzięki Siostra, jeśli to przeczytasz! Naprawdę wielkie dzięki!
Na lotnisku spokojnie, bardzo mili panowie celnicy, i miłe towarzystwo wolontariuszy! No właśnie. Jakoś zawsze mi smutno samej latać samolotem. Nawet jeśli wokół mnie jest wiele osób, to jednak stanowczo wolę podróżować z kimś znajomym. Tym razem udało się. Przylecieli ze mną klerycy i jeden ksiądz na wolontariat adoracyjny do nas, super, nie?
W Ziemi św. upał duży, ale znośny. I życie od razu na pełnych obrotach. Udało mi się zdrzemnąć kilka godzin, rozpakowałam się (co jest czymś szczególnym bo walizka czasem stała jeszcze pełna przez kilka dni), i po obiedzie poszłam na modlitwę. Potem dwugodzinne święcenia diakonatu jednego polskiego brata benedyktyna na Syjonie...a wieczorem spotkanie wdrożeniowe nowych wolontariuszy. I padłam! Choć przed północą się nie udało.
A dziś od rana piękne zamiary wcześniejszego wstania niestety nie zrealizowały się. I potem pędem do Biblioteki, żeby zobaczyć ten straszny stan mojego miejsca pracy. Dlaczego? Jak wygląda wasze mieszkanie, pokój lub nie wiem co, w trakcie przenosin lub przeprowadzki? No właśnie! To trzeba to teraz pomnożyć przynajmniej 10x - i to jest właśnie stan mojej biblioteki! Ale, ale...za to nowe miejsce, gdzie podczas tych wakacji będziemy przenosić Bibliotekę, pięknieje z dnia na dzień. Nie wspomnę już o elektrycznie przesuwanych regałach na książki, podobno pierwszych takich istniejących w Jerozolimie. I mają czujniki, żeby nikogo nie zgniotło jak między nimi stanie. Może szkoda?;) Kilka zdjęć poniżej. Mam nadzieję, że będą działać. Jak na razie działają, ale kiedy zapełnią się książkami - któż to wie czy mały silniczek pociągnie 12 metrowy regał...aż bałam zapytać się o wysokość.





Po wizycie w "starej" i nowej Bibliotece pobiegłam na święcenia diakonatu i święcenia kapłańskie u ojców franciszkanów z Kustodii Ziemi św. Piękne, ale 3 godziny to stanowczo za dużo! Tym sposobem przywitałam się z większością znajomych...bardzo miło.
Wracając jeszcze do urlopu, chce przeprosić tych wszystkich z którymi nie udało mi się spotkać, a najbardziej tych którym to obiecałam. Nie sposób, naprawdę, nie sposób spotkać się z tymi wszystkimi którzy chcieli się spotkać ze mną. A i ja nie spotkałam tych wszystkich, których chciałabym. Nic na to nie poradzę.

8 komentarzy:

  1. Stąd więc ta cisza. Urlopy są przecudowne, gdy się o nich myśli, na nie czeka. I początek i środek. Myśl o powrocie... ma nieco inny charakter. Jestem w tej pierwszej fazie. I już tęsknię za zieloną i nieco chłodniejszą Polską. I ludźmi. A Tobie, Siostro, dobrego wejścia, ponownego zaklimatyzowania i cierpliwości w oczekiwaniu na następny wyjazd.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, cisza zaczela sie na dlugo przed urlopem, a teraz powoli budze sie do aktywniejszego zycia w necie ;)...dziekuje!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. szkoda, że nie uskuteczniliśmy jakiejś polskiej górki... pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. To dobrze ze znowu piszesz na blogu droga Siostro Miriam bo juz sie martwilismy :))
    Pamietajacy w modlitwie
    Monika i Andrzej L.

    OdpowiedzUsuń
  5. :)...no mam nadzieje, ze teraz bedzie systematyczniej.Dziekuje!pozdrawiam serdecznie...

    OdpowiedzUsuń